Coś dla ciała, coś dla ducha :)

Piątek, piąteczek, piątunio 😀 Ranek nie zapowiadał się interesująco :/ Ulewa za oknem, a później mgła spowijająca Wrocław zachęcała tylko i wyłączenia do zakopania się w ciepły kocyk, z gorącym napojem.

Później coś tam zaczęło się rozjaśniać, ale wizja przemoczonych butów i ewentualnego przeziębienia cały czas sugerowała abym odłożyła bieganie po parku wśród kałuż :/ Nie było innego wyjścia jak spakować manatki i wybrać się na siłkę. Skorzystałam z bliskości jednej z nich i spędziłam godzinę na bieżni i orbitreku. Przy okazji użyłam nowej koszulki of Fit Mom

i wzbudziłam lekką sensację wśród nielicznych trenujących. Zauważyłam, że jak już ktoś zauważa, że biegam, ćwiczę czy pływam i jestem jednocześnie w ciąży to są to najczęściej mężczyźni. Tzn. nie mówię, że kobiety nie zwracają na mnie uwagi, ale panowie robią to bardziej otwarcie 😉 Gapią się czasami jak sroka w gnat 😉 Na basenie to nawet jeden pan się pytał czy wszystko w porządku jak robiłam przerwy między jedną dziesiątką a drugą 😀

Po treningu dopytałam się przy okazji o zajęcia fitness dla kobiet w ciąży i niestety ale muszę mieć zaświadczenie od lekarza 😉 a przy okazji poprosili abym następnym razem miała je również jak przyjdę na siłownię 😉 Hehe najwyżej znowu będę mieć na sobie znowu kurtkę i wtedy nikt i tak nie zauważy czy ja w ciąży czy nie. A na sali to już nikt na to nie reagował 😉 co w sumie jest mało odpowiedzialne z ich strony, biorąc pod uwagę fakt, że było naprawdę mało ludzi i można wszystkich było ogarnąć bardzo łatwo.

Z biegiem dnia przejaśniło się i wyszło piękne słońce. Dlatego też spakowałam aparat i wybrałam się na wycieczkę po Wrocławiu w poszukiwaniu pięknej jesieni 🙂 Było cudownie. Słońce grzało wspaniale, kolory zachwycały, a Wrocław za dnia jest równie piękny co w nocy 🙂

I tym oto sposobem udało mi się zrobić coś dla ciała i dla ducha. Od dawna chciałam sobie takie fotografo-zwiedzanie po Wrocławiu zrobić, ale zawsze coś mi wypadało. Ostatnio to nawet myślałam, że to już po ptakach, bo pogoda nie zachęcała, a tu nagle się taka cudna chwila trafiła. Wieczorem znowu lało więc miałam szczęście 😉

znowu się uczę?

Byłam dziś na pierwszych zajęciach szkoły rodzenia. I… jeśli pierwsze wrażenie utrzymuje się pół roku to kiepsko z nimi 😉 
Po pierwsze: nie bardzo łapię się na oficjalne zapisanie się na zajęcia bo są one dla kobiet od 26tyg a ja jestem w 22. Ale że następna sesja zaczyna się w styczniu (rodzę w lutym) to pani zgodziła się żebym teraz już chodziła. 
Stawiłam się grzecznie na dzisiejszych zajęciach (pierwsze organizacyjne były w pon) a tu się okazuję, że są jakieś ćwiczenia i trzeba mieć i strój, i zaświadczenie od lekarza, że wolno mi ćwiczyć. Hmm nic nie wiedziałam ale ok, poszłam w zamian na zajęcia teoretyczne. A tam: wow Ameryka została odkryta. Przypomnę: zajęcia dla kobiet po 26tyg. Jak przygotować się do ciąży, jakie badania przed ciążą wykonać. Następnie pani położna pięknie opisała nam każdy miesiąc ciąży pod kątem rozwoju dziecka (pierwszy trymestr z podziałem na tygodnie), pokazała nam filmiki rodem z bbc 😉 i koniec. Tyle to ja już znalazłam na necie :/ 
Co do ćwiczeń to nie wiem czy się załapię, bo trzeba mieć zaświadczenie, które dostanę jeśli się zapiszę a skoro teoretycznie nie łapię się tygodniowo, to chyba i zaświadczenia nie dostanę 😉 A poza tym ja nie wiem czy ja chcę już od razu chodzić na jakieś ćwiczenia do nich. Pooddychać to sobie mogę sama nie ?? 
Może poniedziałek będzie ciekawszy i dowiem się czegoś ciekawszego?

„Tylko proszę nie bić rekordów”

Nieśmiało powiedziałam mojej pani doktor, że sobie troszkę ćwiczę i biegam. Z duszą na ramieniu czekałam na jej reakcję a ona:
„To bardzo dobrze, proszę tylko spokojnie i bez bicia rekordów”
Kamień spadł mi z serca, i z czystym sumieniem dalej sobie truchtam.

Dziś kolejna siódemeczka, tętno jak marzenie, aż chce się jeszcze więcej kilometrów łykać. Staram się w takich sytuacjach kierować rozumem i grzecznie zmierzam do domu.

Żeby nie było, że ja tylko bieganiem i ćwiczeniami żyję to dziś dorzucę również mój jadłospis:

śniadanie: płatki gryczane i otręby owsiane z żurawiną, łyżką gorzkiego kakao i jogurtem naturalnym

obiad: penne pełnoziarniste i smażony łosoś

kolacja: kanapka (graham) z serkiem śmietankowym z tym samym łososiem

Smacznego 🙂

Bieg na 6 łap

W zeszłą sobotę 12/09 w lesie Osobowickim odbyła się 4 edycja Biegu na 6 łap.

Bieg na sześć łap jest to akcja, w której osoby kochające zwierzaki spotykają się cyklicznie w schronisku dla zwierząt i biegają bądź spacerują z psiakami. Wszystko zaczęło się w Olsztynie, ale pozytywne przesłanie tej akcji rozlewa się na całą Polskę. Coraz więcej miast ma już swoje oddziały, a spotkania organizowane przez każdego z nich cieszą się coraz większą popularnością.

Wrocław również ma swój oddział Bieg na Sześć Łap – oddział Wrocław  który stara się jak może i daje z siebie wszystko jeśli chodzi o negocjacje z dyrekcją w sprawie psiaków. Z każdą kolejną edycją mamy możliwość zapewnić spacer/bieganko dla coraz większej ilości piesełów. Główni organizatorzy: Przemek, Sylwia i Bartek dają z siebie wszystko nie tylko w trakcie samej akcji co każdy widzi. Wydaje mi się, że to już jest tylko wisienka na torcie. Ja jednak podziwiam ich za wytrwałość w przygotowywaniu kolejnych edycji, czyli za negocjacje z dyrekcją, za zaangażowanie w samym schronisku między biegami, za przygotowywanie trasy oraz za ogarnięcie samych już uczestników (częściej dwunogów niż czteronogów :P).

Dwie ostatnie edycje biegłam już (spacerowałam) w dwupaku, więc tak można również spacerować, piesełki są wdzięczne za każdy rodzaj aktywności :D. Są to wspaniałe stworzenia, czekające na miłość i odrobinę czułości.

Poza spotkaniami w lesie organizatorzy starają się również promować akcję wśród Wrocławian. Mieliśmy akcję promującą zarówno adopcje jak i sam bieg w centrum Wrocławia. Zainteresowanie było spore, Wrocławianie przyjaźnie podchodzili do naszej akcji i dopytywali się o szczegóły. Mam nadzieję, że kogoś udało nam się przekonać do adopcji bądź naszej akcji.

Jest to wspaniała akcja, która daje wiele radości nie tylko nam, ale piesełkom i to jest w tym wszystkim najważniejsze 🙂

Serdecznie zapraszam wszystkich do brania udziału w tej akcji.

Dylema(t)my

Im dalej w las tym trochę się tych dylematów pojawia. Może i błahe, może i głupie, ale dla mnie istotne.

Jutro jest 33 Maraton Wrocławski i chyba się przejdę pokibicować. Trasa jest niedaleko mnie, kolega biegnie więc pewnie się przejdę. Teraz już mogę, bo na półmaraton nocny bym nie dała rady. Za wcześnie to było dla mnie, za bardzo mi było szkoda, że nie mogłam w nim pobiec. „Jak to szkoda, przecież w ciążę zaszłaś”. Ano szkoda. Szkoda mi było tych tygodni i miesięcy przygotowań. Tego potu wylanego, tych kilometrów przebiegniętych. Jasne, mięśnie mi za to podziękują i na pewno nie zapomną. Ale jednak taki malutki żalik pozostał :/ Ale i postanowienie na przyszły sezon: Nocny Półmaraton zaliczę w 2016r. 

Ten jutrzejszy maraton to taki mój początek będzie. Początek do powrotu do zawodów. Na razie tylko jako kibic, ale dla mnie to już coś. Będzie to znaczyło, że wracam do normalności i ten żalik idzie w niepamięć. Tak więc Maraton, a późnej cykl City Trail. Szczególnie, że tam będę robić za fotografa dla nowych koleżanek 🙂 Kto wie, może uda się przetruchtać ostatni bieg (27/02/2016)?

Inny dylemat to samo bieganie. Uwielbiam biegać, ale pojawia się czasami głos z tyłu głowy: po co skoro i tak się wlokę, po co skoro nie mogę podnosić swojej szybkości czy wytrzymałości? I tak walka trwa. Powoduje ona złość na siebie i zamiast poprawy humoru, po treningu zastanawiam się czy było warto. Jasne, że było tylko to przychodzi za chwilę, nie od razu. Może urozmaicenie pozwoli mi na poprawę nastroju. Plan już mam, nic tylko go wdrożyć 🙂

Dziś dla odmiany był Bieg na 6 łap 🙂 Zdjęcia można podziwiać tu    Zapraszam

Wrześniowe początki

Wrzesień przywitał nas pogodą skwarną i upalną 😉 Lato nie chciało się pożegnać, a może to właśnie było pożegnanie? Drugiego dnia było lepiej, w dzień nawet padało i zaplanowany bieg z Mamy-Biegamy Wrocław i okolice stanął przez chwilę pod znakiem zapytania. Na szczęście deszcz był łaskawy i dzięki niemu nawet za bardzo się nie kurzyło w parku 😉

W tym super towarzystwie trzech świetnych dziewczyn zrobiłam prawie 10km 😀 Nawet nie wiem kiedy one minęły.

Następne wybieganie czekało do soboty. Było przyjemnie, nie za gorąco, tylko trochę się kurzyło 😉 Niestety nie z powodu mojej „zawrotnej” prędkości 😉 Ponowny sukces 6km z bardzo przyzwoitym tętnem.

Dziś bawiłam się w berka z deszczem. Wyszłam nie padało. Jak wbiegłam do parku zaczęło padać, ale między drzewami nie było aż tak mokro. Gdy już już miałam wracać okazało się, że nie pada. Zostałam więc dokończyć trening. Niestety wracając znowu zaczęło padać, ale to już mi nie przeszkadzało.

Co mnie bardzo cieszy to fakt, że nowa taktyka treningowa się sprawdza. Przed właściwym bieganiem rozgrzewka, poza kilkoma ćwiczeniami, to teraz szybki marszobieg do parku (ok.2 km). Dzięki temu w trakcie późniejszego właściwego biegu tętno jest spokojniejsze i łatwiej mi nad nim panować. Cieszy mnie to, ponieważ daje mi to możliwość do spokojniejszego biegania. Do tej pory stres związany ze skaczący tętnem nie pozwalał mi cieszenie się bieganiem w pełni. Teraz będzie inaczej 🙂

A na podwieczorek były dziś czekoladowe muffinki 😀 Pychotka 😀

Mamy (nie biegamy) chodzimy

Temperatury dla Wrocławia na dziś nie były zachęcające do aktywności 😉 a tu od rana miła niespodzianka: słońce za chmurami (nie pali), wiatr przyjemnie powiewa, temperatura również znośna.

Pyszne śniadanko (resztka koktajlu z malin, jabłek i kaszy jaglanej z płatkami i otrębami owsianymi) popite Inką (z braku laku jest pseudo kawa 😛 ), a potem zebrałam się i wymaszerowałam z kijkami. W planie miałam cztery parki (Andersa, Skowroni, Południowy i Grabiszyński). Zapomniałam sprawdzić ile to kilometrów jest (kiedyś tą traskę już sobie przebiegałam), ale co tam, się zobaczy w praniu 😉 No i zobaczyłam 😉 Standardowo z kijkami robię 10-11km, biegam 5-7km, nie chcę przesadzić, nie widzę sensu się forsować w aktualnym stanie. Dziś wyszło 14km, a z parku Grabiszyńskiego zrobiłam tylko połowę trasy. Na 7km stwierdziłam, że wracam bo więcej to może być problem, a wrócić jakoś trzeba. Nie uśmiechała mi się wizja korzystania z komunikacji miejskiej 😉 Zajęło mi to 2,5h i muszę przyznać, że nogi trochę to odczuły, ale przyjemne jest takie zmęczenie 😀

Przy okazji obmyśliłam plan na bieganie: następnym razem do parku pomaszeruję aby się rozgrzać, a dopiero na miejscu zrobię swój standardowy dystans. Chcę sprawdzić czy tak nie będzie mi łatwiej. Zauważyłam, że im dłużej biegam/chodzę tym niższe mam tempo, w takim razie po 2km rozgrzewki, w trakcie biegu już powinno być ustabilizowane, i nie będzie tak mną szarpało. Zobaczymy 🙂

A dziś wieczorem wspaniałe spotkanie z daaawno nie widzianą przyjaciółką 😀 Już nie mogę się doczekać. Wrocław nocą i miłe towarzystwo to jest to

Dylematy

W związku z zaistniałą sytuację nie zawsze mogę biegać, nie zawsze mam na to siły i, aż dziwne, ochotę 😉 Dlatego też zakupiłam sobie kijki do nordic walkingu i zamiennie z bieganiem stosuję je. W trakcie tych marszy również kontroluje tętno i tempo, i stąd właśnie są moje dylematy.

Czy w trakcie marszu mam taki sam próg tlenowy jak w trakcie biegania?

Dlaczego jak biegnę to przy tempie 9:00km/min mam tętno 148 a jak idę z podobnym tempem to tętno jest 128?

Nie wiem czy mam się nad tym zastanawiać czy nie, ale jest to sprawa, która chodzi mi po głowie.

Może znajdzie się ktoś kto zna na nie odpowiedź lub może podsunąć miejsce to jej znalezienia?

Ruchliwy tydzień

To był tydzień pourlopowy, więc jak każdy taki tydzień był ciężki 😉 Dobrze, że pracy nie było aż tak dużo, że sierpień to jednak trochę spokojniejszy miesiąc to nie był to taki wstrząsający powrót 😉 Dzięki temu, ale i spadkowi temperatury udało mi się dwa razy pobiegać, raz poćwiczyć i zaliczyć kijkowanie 😀

Wtorek opisałam tu.

Środa była domowa. Zaliczyłam ćwiczenia na nogi z tej strony i muszę przyznać, że na drugi dzień co nieco było odczuwalne w pośladkach 😀 Później usmażyłam sobie placuszki komosowo-cukiniowe według przepisu Beaty Sadowskiej z jej książki „I jak tu nie jeść”. Przepis podaję również tu :
2,5 szkl ugotowanej białej komosy ryżowej (ja zamieniłam na kaszę jaglaną)
3 szkl startej cukinii
1 szkl startego parmezanu
2 jajka
1 szkl tartej bułki
sok z połowy cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżeczka rozmarynu (nie dałam bo w ciąży nie można)
1 łyżeczka oregano
1 pęczek posiekanej natki pietruszki
olej rzepakowy do smażenia

Wszystkie składniki wymieszać i smażyć na patelni 😀 Placuszki wyszły pyszne w ilości hurtowej (20 szt), a że nie mają mięsa to K. sobie je odpuszcza 😉 Mam więc obiady na kilka dni 😛

Czwartek to był znowu dzień na bieganie 🙂 Moja standardowa trasa jest dla mnie coraz bardziej łaskawa 🙂 Widzę również, że i kondycja wraca do normy. Cieszę się, bo plany w głowie mam konkretne.

Piątek to było odsapnięcie i regeneracja, ale w sobotę miałam ochotę wrócić do wysiłku. Zaczęło się dobrze, temperatura była idealna, przyjemnie powiewał wiatr, słońca nie było. W planie było 10km i dwa parki: Skowroni i Południowy. Na jednej trzeciej trasy zorientowałam się, że idzie mega ciemna chmura i podjęłam decyzję o powrocie. Gdyby nie ciąża to bym się nie przejęła. Ponieważ jednak nie chcę się przeziębić, stwierdziłam że wracam. Deszcz mimo to mnie złapał i trochę zmoczył. Mimo to i tak udało mi się pyknąć 7km 😉 Już w domu luneło jak z cebra. Uff dobrze, że wróciłam 😉

Teraz czeka mnie relaksik na kanapie z dobrym filmem 😀

Wam również życzę spokojnego miłego wieczoru 🙂

Eeeeendorfinki :D

W końcu w pełni skorzystałam ze spadającej (może nie na łeb na szyję) temperatury powietrza. Po pracy nawodniona i najedzona 😉 ubrana w New Balance’y poleciałam na przebieżkę. Od razu widać, że Wrocław płaski jest jak stół 🙂 bo bez problemu pyknęłam sobie 6.30km w niecałą godzinkę.

Sam bieg przebiegał tak jak zawsze odkąd jestem w ciąży: na początku tętno trochę szalało, ale z czasem wróciło do normy. Nie pierwszy raz tak jest i jak się tak zastanawiam i analizuję poprzednie treningi ( i te przed i po ciąży) to zawsze im dłużej biegałam tym lepsze miałam tętno i tempo. Ciekawe to jest. Wydawałoby się, że im dalej w las tym powinnam być bardziej zmęczona, a ja zauważam coś zupełnie odwrotnego. Chyba dobra to prognoza na przyszłość 😀

Teraz przede mną już tylko odpoczynek, a od jutra zaczynam ćwiczenia z zestawami przedstawionymi na stronie Fit Mom   Zobaczymy jak to będzie 😀