Co w kuchni piszczy

Jak już wspominałam zajęcia kuchenne mają na mnie dobry wpływ. W przeszłości nigdy bym się o to nie podejrzewała. Tak zwany kuring nigdy mnie nie pociągał. Może to było związane z faktem mieszkania z rodzicami? A może z brakiem zdolności manualnych 😉 Gdy zamieszkałam na swoim jakoś tak samoistnie ta kuchnia mnie przyciągnęła. Bodźcem jest również fakt, że K. lubi domowe jedzenie, nigdy nie był studentem stołującym się w fastfoodach czy innych barach i tak zostało mu po dziś dzień.

Pichcenie na własną rękę ma moim zdaniem same plusy:

wiesz co jesz;

możesz dbać o kaloryczność posiłków i ich jakość;

oszczędzasz pieniądze;

poznajesz nowe smaki;

rozwijasz swoją kreatywność gdy okazuje się, że połowy produktów z przepisu nie ma w domu i trzeba je czymś zastąpić 😀

Tak to się zaczęło, dbanie o zdrowie i figurę było jednym z powodów dla których zdecydowałam się zaprzyjaźnić z kuchennym wyposażeniem.

W ciąży natomiast dzięki większej ilości czasu wolnego mogłam już dowoli szaleć przy blatach, patelniach i garnkach. Poza tym moim planem było kontrolowanie wagi, a przygotowywanie własnego jedzenia jest najlepszym sprzymierzeńcem w tego typu sytuacjach. Od razu chciałabym wytłumaczyć dlaczego ta waga była dla mnie taka ważna. Należę do osób, które nie mogą za bardzo sobie folgować jeśli chodzi o jedzonko. Dosyć szybko potrafię przybrać na wadze, ale w drugą stronę nie jest już tak łatwo. Nie raz miałam z tym problem, a folgowanie sobie w ciąży nie jest takie trudne. Z tego też powodu sporo się ruszałam, pilnowałam kaloryczności jedzenia, a co za tym szło wolałam sama przygotować sobie np. pizzę czy hamburgera niż go zamówić J Poza tym skoro chciałam szybko wrócić do biegania, a moim celem jest ukończenie półmaratonu w czerwcu to waga też musi być odpowiednia. I tak dzięki silnej woli wspomaganej przez ćwiczenia udało mi się przybrać tylko tyle ile założyłam na początku czyli 11kg (których już nie ma 😀 ).Tak samo jest z wymiarami. Przybrałam tam gdzie powinnam z racji ciąży czyli talia, brzuch i biust. Reszta pozostała nieruszona i aktualnie poza biustem 😉 wszystko wróciło do normy przed ciążowej.

Co takiego robiłam?

Po pierwsze kontrolowałam spożywane kalorie. Myślę też, że całkowite wyeliminowanie piwa i wina też się do tego przyczyniło.

Po drugie postawiłam na wzmożone spożycie owoców i warzyw. Eksperymentowałam z różnego rodzaju koktajlami czy sokami. W ruch poszły blender, sokowirówka i koktajler.

Po trzecie jeśli już mowa była o węglowodanach, starałam się aby to były pełnowartościowe węgle: razowe makarony, chleby żytnie na zakwasie, brązowy ryż, różne kasze czy soczewice lub ciecierzyce.

Po czwarte wolałam coś upiec niż usmażyć.

Po piąte jak już naszła mnie ochota na słodkości to wolałam sama je upiec niż kupić. A gdy nie miałam takiej możliwości i nie pozostawało mi nic innego jak sklep, starałam się znaleźć coś gdzie w parze szło zaspokojenie chęci na słodycze razem z aspektem zdrowotnym 😉

Po szóste eksperymentowałam ze śniadaniami. Ponieważ miałam rano więcej czasu mogłam pobawić się w śniadania na gorąco. Były to m.in. owsianki na ciepło, kasza jaglana z dodatkami, czy jajecznica. Samo śniadanie nie było nowością, nie potrafię nie zjeść tego posiłku. Nie ważne o której wstaję, w przeciągu pół godziny śniadanie musi być. Gdy z jakiegoś powodu (np. badania na czczo)nie mogłam go zjeść o stałej porze, to późnej cały dzień czułam głód.

Po siódme ponownie miałam szczęście : ) ponieważ ominęły mnie typowe akcje z zachciankami ciążowymi. Nie miałam takich sytuacji. Nie było dnia kiedy czułabym, że koniecznie muszę coś tam zjeść (np. frytki z Maca czy tabliczkę czekolady zagryzioną korniszonem 😛 ).

Myślę, że rozwaga w kuchni połączona z aktywnością fizyczną przyniosła efekty, które zaplanowałam. Teraz mogę z dumą spojrzeć w lustro i powiedzieć: I made it 😀

Jak to w ciąży z aktywnością jest

Gdy dowiedziałam się o ciąży byłam w szczycie przygotowań do półmaratonu. Z jednej strony radość, że się udało. Z drugiej, mimo szczerych chęci, czułam leciutki zawód, że te przygotowania będą musiały pójść w odstawkę i poczekać przynajmniej do następnego roku. Po oswojeniu się z tą wiadomością kolejnym etapem było znalezienie jak największej liczby informacji dotyczących biegania w ciąży. Bardzo mi zależało aby móc dalej biegać, aby po ciąży móc wrócić do treningów bez jakiś większych strat wydolnościowych. A poza tym wiedziałam, że ciężko będzie mi porzucić bieganie, aktywność, możliwość ruszania się. Może to i uzależnienie, a może nie? Nie wiem. Wiem jedno, jest to coś co daje mi radość i pozwala się zrelaksować, a oto chyba w ciąży chodzi, prawda? Przyszła mama powinna korzystać z tego czasu w pełni. Powinna zająć się sobą, dbać o siebie, relaksować się i cieszyć każdą chwilą tego pięknego okresu. Skorzystałam z tego przesłania i nie zaprzestałam biegania ani innych aktywności sportowych, jedyne co zrobiłam to je lekko zmodyfikowałam.

Pierwszy trymestr minął u mnie bezobjawowo. Jedynym skutkiem ubocznym ciąży była większa senność niż dotychczas, ale to i tak było niewspółmiernie rzadsze niż opisywały to koleżanki. Należałam do szczęściar, które nie miały nudności, zapachy ich nie drażniły. Dzięki temu jadłam co chciałam i mogłam cieszyć się stanem ciążowym od samego początku. Do biegania wróciłam jak tylko moja lekarka potwierdziła, że wszystko się dobrze zagnieździło i dała zielone światło na ćwiczenia. Jestem osobą, która nie ufa do końca we wszystko co piszą w Internecie. Polegam na nielicznych opiniach osób sprawdzonych, ale przy tej mnogości informacji wolę jednak konsultować różne rzeczy z ludźmi z krwi i kości, którzy mogą mi osobiście udowodnić swoją wiedzę na dany temat. Z tego też powodu spotkałam się z trenerką personalną Katarzyną Kopecką, która poradziła mi jak podejść do aspektu biegania i ćwiczeń w ciąży. W trakcie biegania starałam się utrzymywać tętno w zakresie tlenowym (u mnie to było ok. 150 uderzeń na min), słuchałam swojego organizmu i nic nie robiłam na siłę. Jeśli czułam, że trzeba przejść do marszu to tak też robiłam. Zmniejszyłam dystans do 5km, ale jeśli czułam, że mam sił na więcej to korzystałam z możliwości przedłużenia trasy 🙂 I odwrotnie oczywiście też. Ilość treningów biegowych zmniejszyłam do 3 razy tygodniowo. Gdy temperatury w okresie letnim skoczyły do niebotycznie wysokich przerzuciłam się na spacery i pływanie.

Drugi trymestr to jak wszyscy mówią najlepszy okres w ciąży. Dużo sił i ciężaru jeszcze mało. Tak też było w moim przypadku. Sporo ćwiczeń, biegania, basenu (ten ostatni z powodu infekcji musiałam zaniechać po półtora miesiąca :/ ). Do biegania dorzuciłam ćwiczenia dla kobiet w ciąży oraz zajęcia w domu. Polegałam głównie na filmikach Anny Dziedzic – FitMom i jej poradach. Odpuściłam mięśnie brzucha, zostawiłam jedynie ćwiczenia na stabilizację i to też te łatwiejsze. Skupiłam się na mięśniach nóg i rąk. Przede mną noszenie sporego ciężaru, zarówno ciążowego jak i później w formie maluszka. Musiałam wykorzystać każdą nadarzającą się okazję aby jak najlepiej się przygotować do tego wydarzenia.

Trzeci trymestr to już zupełnie inna bajka. Bieganie zamieniłam na nordic walking. Nie sprawiało mi to już takiej przyjemności, a przecież nie oto chodzi w bieganiu i w ogóle w aktywności fizycznej 😉 Skupiłam się na tym co mi odpowiadało. Dużo spacerowałam, ćwiczyłam już głównie w domu, a także szalałam w kuchni 😉 Zorientowałam się, że kucharzenie bardzo mnie relaksuje i uspokaja. Do tego dorzuciłam bieganie po sklepach za prezentami świątecznymi 🙂 a w styczniu za rzeczami dla maluszka. Udało mi się prawie wszystko zorganizować przed narodzinami 😀

Czy zrobiłabym coś inaczej? Nie. Czułam i czuję się świetnie. Na drugi dzień po porodzie byłam już całkowicie na chodzi. W sumie to mogłam iść pobiegać 😉 Gdyby tylko nie mieć tego zdrowego rozsądku 😉 Rady dla innych? Jeśli tylko możecie, zdrowie wam na to pozwala, ciąża nie jest zagrożona, ćwiczcie, biegajcie, ruszajcie się. Róbcie wszystko to na co macie ochotę, co przynosi wam odprężenie i zapewnia dobry humor. Najważniejsze w ciąży to być zrelaksowanym, nie stresować się i cieszyć tym czasem oczekiwania 🙂

Z nowym rokiem nowym krokiem

Koniec roku to czas podsumowań i nie byłabym sobą gdybym i tu takiego podsumowania nie zrobiła.

A jaki ten mijający rok był? Pełen zaskakujących zmian, pełen wrażeń, pełen wyzwań doprawionych szczyptą stresu (nie ma ideałów na świecie 😉 ).

Czy główny cel zrealizowałam? Nie, Nocny Półmaraton Wrocławski w związku z ciążą przeniosłam jako cel na ten nadchodzący 2016. Aby nie było odwrotu już się nawet zapisałam 😀

Jaki ten rok był? Aktywny mimo ciąży i zmian jakie na mnie wymusiła. Co uległo zmianom? Życie 😉 A dokładnie? Z punktu widzenia sportowego zmieniły się dyscypliny przeze mnie uprawiane. Zrezygnowałam z jazdy na rowerze, rolkach i łyżwach. Zwiększyłam za to ilość przechodzonych i przepłyniętych kilometrów. Do tego dorzuciłam wzmożoną aktywność na siłowni (profesjonalnej i domowej) i na fitnessie. Czy było ciężko? Nie, jedyne co nastręczyło mi kłopotów to przymusowa abstynencja od biegania, która zaczęła się od 7 miesiąca ciąży. Żelek urósł na tyle, że już nawet truchtanie nie było komfortowe i buty biegowe musiałam odstawić na bok (choć w sumie to nie do końca, bo na spacerach bardzo się przydają 😉 ).

Według endomondo mam 249h ruchu, pokonałam 905km biegiem co uważam za sukces biorąc pod uwagę spadek tej aktywności od początku czerwca. Przeszłam też nie mało, bo 259km. Przejechałam na rowerze 80km a przepłynęłam 8km (szału nie ma ale zakażenia nikt nie wybiera :/ ). Przećwiczyłam 33h, a na bieżni i orbitreku zrobiłam 24km.

Do tego mile zaskoczyłam się pomiarami obwodów 😀 Porównując to co było na początku roku do sytuacji aktualnej urosłam w talii, brzuchu i biuście – nic zaskakującego biorąc pod uwagę obecność Żelka 😉 reszta constans. Ani mniej ani więcej 😀 Wagowo również nie ma tragedii: od początku ciąży przytyłam jedyne 10kg. Wszystko to daje nadzieje na szybki powrót do sylwetki sprzed ciąży co mnie bardzo cieszy. Nie ukrywam, że właśnie z przybraniem na wadze/w obwodach wiązały się moje największe obawy 😉

Przed nami miesiąc i kilka dni tak więc trzymajcie kciuki aby wszystko szło tak pięknie jak do tej pory.

Na koniec życzę wszystkim szampańskiej zabawy w ten wyjątkowy dzień, spędzenia go w towarzystwie ludzi najważniejszych i najmilszych dla nas. Oraz samych radosnych chwil w Nowym Roku.

6 Bieg na 6 łap

12.12.2015 (szkoda, że nie 6 to byłby trzy diabelskie szósteczki, choć imieniny miesiąca to też dobra data 😀 ) spotkaliśmy się na 6 edycji Biegu na sześć łap. Była to, na ten rok kalendarzowy, ostatnia edycja.

Edycja pełna rekordów:

  • 15 psiaków schroniskowych
  • 3 psiaki własne
  • ponad 20 uczestników ludzkich
  • 3 dzieci biegających
  • jedno maleństwo w wózku
  • jedno maleństwo w brzuszku 😉

Zaczynaliśmy od 10 psiaków i początki aby przekroczyć tą liczbę były ciężkie. Na szczęście nasze zaangażowanie, pozytywne opinie na temat akcji, i ,co najważniejsze, radość psiaków spowodowała, że dyrekcja schroniska w nas uwierzyła i z czasem byliśmy obdarowywani coraz to większą liczbą czterołapków 🙂

W tej edycji byliśmy już tak zżyci z niektórymi psiakami, że były próby ich rezerwacji 😀 Niektórym się udało, inni mieli okazję pobiegać bądź pospacerować z nowymi członkami naszego klubu biegowego.

Myślę, że to był idealny sposób na zakończenie tegorocznej akcji. Wszyscy trzymamy kciuki i kibicujemy naszym organizatorom aby udało im się przekonać dyrekcję do częstszych biegów, z jeszcze większą ilością psiaków 😀

Pozdrowienia dla całej szczściołapowej ferajny 😀

Andrzejkowe podsumowanie miesiąca

Fajnie mi się składa ta moja ciąża 😉 Koniec miesiąca kalendarzowego i koniec miesiąca ciążowego (no dobra, do końca zostaje zawsze jeszcze jakieś 5 dni 😉 ). Biorąc pod uwagę uśrednienie mogę jednak takie założenie sobie przyjąć 🙂

Jak minął mi listopad? Ciężko 😉 Nagle oddychanie stało się cięższe, nogi zaczęły odczuwać ciężar bardziej niż dotychczas, tętno szybciej wiruje w górę. Z tego też powodu zamieniłam bieganie na marsze. Poza tym więcej skupiam się na ćwiczeniach i basenie, korzystam z siłowni itd. Na szczęście pogoda mi sprzyja i pomaga w tej zamianie 😉 Piękna, złota jesień powoli ustępuje miejsca nadchodzącej zimie. Mokre i zmrożone liście nie sprzyjają ciężarnym z zaburzonym poczuciem równowagi 🙂

To wszystko nie zapowiadało jakiegoś spektakularnego wyniku w tym miesiącu, ale mimo to podsumowanie wcale tak najgorzej nie wygląda.

W sumie przećwiczyłam 19h35min.
Pokonałam 47,56km dzięki marszom na dworze i na sprzętach na siłowni oraz pływaniu.
Poza tym miło jest widzieć, że poza obwodem brzucha i biustu oraz wagi nic więcej nie ulega powiększeniu 😀 Jak na razie 9kg na plusie, a przede mną jeszcze tylko 2 miesiące 🙂

Oczywiście nie samymi ćwiczeniami udaje mi się tą wagę utrzymać. Staram się myśleć co jem i ile. Nie stosuję żadnej diety, o nie. Nie kontroluję rygorystycznie kalorii czy ilości. Po prostu myślę co jem i nie rzucam się na słodycze 😉 A jeśli już to staram się przygotowywać coś własnego. Wtedy mogę kontrolować co wrzucam do słodkości, i w jakich ilościach 😉

Na tą chwilę wszystkie moje zabiegi przynoszą oczekiwane, pozytywne rezultaty. Czuję się dobrze. Nie mam żadnych typowych ciężarnych objawów. Żelek rośnie jak na drożdżach, normy zalicza przy każdej wizycie. Nic tylko być w ciąży 😉

Nie pozostaje nic innego jak czekać z niecierpliwością na następne miesiące 🙂

Piąty bieg na sześć łap za nami

Jak tylko oddział wrocławski Biegu na Sześć Łap ogłasza datę kolejnego biegu lista chętnych zapełnia się w tempie ekspresowym. Całe szczęście dostajemy coraz to i więcej psiaków więc chętni mogą zapisać się w ciągu przynajmniej dwóch dni, a nie jak było na początku w ciągu dwóch-trzech godzin 😉 Nie inaczej było i tym razem. Dosyć szybko lista dobiła do 16 osób, a reszcie chętnuch nie pozostało nic innego jak liczyć na to, że załapią się z listy rezerwowych. Jest na to zawsze spora szansa, ponieważ we Wrocławiu biegi są średnio co dwa miesiące, więc koniec końców zawsze zdarzy się, że komuś coś przeszkodzi we wzięciu udziału w wydarzeniu.

Poranek przywitał nas mgliście było trochę chłodno więc wszyscy czekali w budynku schroniska 😉 Padł nawet pomysł truchtania w środku 😉 Na szczęście naszej akcji zawsze się szczęści i pogoda również tym razem nam sprzyjała. Mgła się podniosła i momentami nawet świeciło słońce. Po zbiórce wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na wydanie piesełów i skierowali się na, dla niektórych, pierwszy bieg (mam nadzieję, że nie ostatni). Psiaki jak zawsze podekscytowane, ludzie pewnie nie mniej po szybkiej odprawie w lesie Osobowickim polecieli aż się kurzyło 🙂 My z Kazikiem (znowu) spacerowaliśmy sobie spokojnie i statecznie jak na psa w jego wieku przystało 🙂

Tak, tak wiem ja znowu mam psa-szczotkę 😀 No cóż taka moja karma, nic na to nie poradzę, że to właśnie one patrzą na mnie tymi swoimi oczkami i krzyczą: weź mnie, weź mnie!! 😀
 Po prawie dwóch godzinach skierowaliśmy się do schroniska i z ciężkim sercem oddaliśmy nasze pieseły do boksów :/
Po więcej zdjęć zapraszam na mój profil na FB Sportymum a chętnych informacji dotyczących całej akcji zapraszam tu
Niech pieseł będzie z wami!!

Coś dla ciała, coś dla ducha :)

Piątek, piąteczek, piątunio 😀 Ranek nie zapowiadał się interesująco :/ Ulewa za oknem, a później mgła spowijająca Wrocław zachęcała tylko i wyłączenia do zakopania się w ciepły kocyk, z gorącym napojem.

Później coś tam zaczęło się rozjaśniać, ale wizja przemoczonych butów i ewentualnego przeziębienia cały czas sugerowała abym odłożyła bieganie po parku wśród kałuż :/ Nie było innego wyjścia jak spakować manatki i wybrać się na siłkę. Skorzystałam z bliskości jednej z nich i spędziłam godzinę na bieżni i orbitreku. Przy okazji użyłam nowej koszulki of Fit Mom

i wzbudziłam lekką sensację wśród nielicznych trenujących. Zauważyłam, że jak już ktoś zauważa, że biegam, ćwiczę czy pływam i jestem jednocześnie w ciąży to są to najczęściej mężczyźni. Tzn. nie mówię, że kobiety nie zwracają na mnie uwagi, ale panowie robią to bardziej otwarcie 😉 Gapią się czasami jak sroka w gnat 😉 Na basenie to nawet jeden pan się pytał czy wszystko w porządku jak robiłam przerwy między jedną dziesiątką a drugą 😀

Po treningu dopytałam się przy okazji o zajęcia fitness dla kobiet w ciąży i niestety ale muszę mieć zaświadczenie od lekarza 😉 a przy okazji poprosili abym następnym razem miała je również jak przyjdę na siłownię 😉 Hehe najwyżej znowu będę mieć na sobie znowu kurtkę i wtedy nikt i tak nie zauważy czy ja w ciąży czy nie. A na sali to już nikt na to nie reagował 😉 co w sumie jest mało odpowiedzialne z ich strony, biorąc pod uwagę fakt, że było naprawdę mało ludzi i można wszystkich było ogarnąć bardzo łatwo.

Z biegiem dnia przejaśniło się i wyszło piękne słońce. Dlatego też spakowałam aparat i wybrałam się na wycieczkę po Wrocławiu w poszukiwaniu pięknej jesieni 🙂 Było cudownie. Słońce grzało wspaniale, kolory zachwycały, a Wrocław za dnia jest równie piękny co w nocy 🙂

I tym oto sposobem udało mi się zrobić coś dla ciała i dla ducha. Od dawna chciałam sobie takie fotografo-zwiedzanie po Wrocławiu zrobić, ale zawsze coś mi wypadało. Ostatnio to nawet myślałam, że to już po ptakach, bo pogoda nie zachęcała, a tu nagle się taka cudna chwila trafiła. Wieczorem znowu lało więc miałam szczęście 😉

znowu się uczę?

Byłam dziś na pierwszych zajęciach szkoły rodzenia. I… jeśli pierwsze wrażenie utrzymuje się pół roku to kiepsko z nimi 😉 
Po pierwsze: nie bardzo łapię się na oficjalne zapisanie się na zajęcia bo są one dla kobiet od 26tyg a ja jestem w 22. Ale że następna sesja zaczyna się w styczniu (rodzę w lutym) to pani zgodziła się żebym teraz już chodziła. 
Stawiłam się grzecznie na dzisiejszych zajęciach (pierwsze organizacyjne były w pon) a tu się okazuję, że są jakieś ćwiczenia i trzeba mieć i strój, i zaświadczenie od lekarza, że wolno mi ćwiczyć. Hmm nic nie wiedziałam ale ok, poszłam w zamian na zajęcia teoretyczne. A tam: wow Ameryka została odkryta. Przypomnę: zajęcia dla kobiet po 26tyg. Jak przygotować się do ciąży, jakie badania przed ciążą wykonać. Następnie pani położna pięknie opisała nam każdy miesiąc ciąży pod kątem rozwoju dziecka (pierwszy trymestr z podziałem na tygodnie), pokazała nam filmiki rodem z bbc 😉 i koniec. Tyle to ja już znalazłam na necie :/ 
Co do ćwiczeń to nie wiem czy się załapię, bo trzeba mieć zaświadczenie, które dostanę jeśli się zapiszę a skoro teoretycznie nie łapię się tygodniowo, to chyba i zaświadczenia nie dostanę 😉 A poza tym ja nie wiem czy ja chcę już od razu chodzić na jakieś ćwiczenia do nich. Pooddychać to sobie mogę sama nie ?? 
Może poniedziałek będzie ciekawszy i dowiem się czegoś ciekawszego?

„Tylko proszę nie bić rekordów”

Nieśmiało powiedziałam mojej pani doktor, że sobie troszkę ćwiczę i biegam. Z duszą na ramieniu czekałam na jej reakcję a ona:
„To bardzo dobrze, proszę tylko spokojnie i bez bicia rekordów”
Kamień spadł mi z serca, i z czystym sumieniem dalej sobie truchtam.

Dziś kolejna siódemeczka, tętno jak marzenie, aż chce się jeszcze więcej kilometrów łykać. Staram się w takich sytuacjach kierować rozumem i grzecznie zmierzam do domu.

Żeby nie było, że ja tylko bieganiem i ćwiczeniami żyję to dziś dorzucę również mój jadłospis:

śniadanie: płatki gryczane i otręby owsiane z żurawiną, łyżką gorzkiego kakao i jogurtem naturalnym

obiad: penne pełnoziarniste i smażony łosoś

kolacja: kanapka (graham) z serkiem śmietankowym z tym samym łososiem

Smacznego 🙂

Bieg na 6 łap

W zeszłą sobotę 12/09 w lesie Osobowickim odbyła się 4 edycja Biegu na 6 łap.

Bieg na sześć łap jest to akcja, w której osoby kochające zwierzaki spotykają się cyklicznie w schronisku dla zwierząt i biegają bądź spacerują z psiakami. Wszystko zaczęło się w Olsztynie, ale pozytywne przesłanie tej akcji rozlewa się na całą Polskę. Coraz więcej miast ma już swoje oddziały, a spotkania organizowane przez każdego z nich cieszą się coraz większą popularnością.

Wrocław również ma swój oddział Bieg na Sześć Łap – oddział Wrocław  który stara się jak może i daje z siebie wszystko jeśli chodzi o negocjacje z dyrekcją w sprawie psiaków. Z każdą kolejną edycją mamy możliwość zapewnić spacer/bieganko dla coraz większej ilości piesełów. Główni organizatorzy: Przemek, Sylwia i Bartek dają z siebie wszystko nie tylko w trakcie samej akcji co każdy widzi. Wydaje mi się, że to już jest tylko wisienka na torcie. Ja jednak podziwiam ich za wytrwałość w przygotowywaniu kolejnych edycji, czyli za negocjacje z dyrekcją, za zaangażowanie w samym schronisku między biegami, za przygotowywanie trasy oraz za ogarnięcie samych już uczestników (częściej dwunogów niż czteronogów :P).

Dwie ostatnie edycje biegłam już (spacerowałam) w dwupaku, więc tak można również spacerować, piesełki są wdzięczne za każdy rodzaj aktywności :D. Są to wspaniałe stworzenia, czekające na miłość i odrobinę czułości.

Poza spotkaniami w lesie organizatorzy starają się również promować akcję wśród Wrocławian. Mieliśmy akcję promującą zarówno adopcje jak i sam bieg w centrum Wrocławia. Zainteresowanie było spore, Wrocławianie przyjaźnie podchodzili do naszej akcji i dopytywali się o szczegóły. Mam nadzieję, że kogoś udało nam się przekonać do adopcji bądź naszej akcji.

Jest to wspaniała akcja, która daje wiele radości nie tylko nam, ale piesełkom i to jest w tym wszystkim najważniejsze 🙂

Serdecznie zapraszam wszystkich do brania udziału w tej akcji.