Podsumowanie miesiąca – wrzesień

Tegoroczny wrzesień nas rozpieszcza pogodowo. Nie do końca przez to biegało się dobrze, ale na pewno lepiej niż w sierpniowych upałach 😉 W sumie pokonałam 133km, z czego 102 przebiegłam. Do tego dorzuciłam min. 2 godzinne treningi siłowe w tygodniu, z czego raz w tygodniu z treneiro. Poza tym bardziej skupiam się na tym co jem i w jakiej ilości. Jest to upierdliwe, ale powoli wyrabiam nawyki.

Myślę, że ten miesiąc mimo pracy i obowiązków domowo/rodzinnych mogę z czystym sumieniem zaliczyć do udanych.

 

Bieg Koguta 2/09/2018 Oława – relacja

Bieg Koguta to jeden z nielicznych biegów poza Wrocławiem na który jeżdżę. Oczywiście dlatego, że Oława jest bardzo blisko 😉 Nie przepadam za logistyką wyjazdową, a szczególnie jeśli w planie mam start z Żelkiem. Bieganie z wózkiem to dla mnie spore przedsięwzięcie, więc wolę nie dodawać do tego jeszcze kilometrów dojazdowych.

Pakiet odebrałam dzień wcześniej. Przypadł do gustu młodemu i w trakcie samego biegu również go zajmował (oglądał książeczkę, z linijki odblaskowej zrobił sobie lornetkę, a frotkę miał na ręce 😀 ).

W nocy mocno padało, a ja nie miałam dopasowanej folii do wózka, dlatego też nasz wspólny start stał pod znakiem zapytania do samego wyjazdu.

Niedziela przywitała nas chmurami i brakiem słońca, ale znaki ze stron pogodowych mówiły, że padać już nie będzie ( i nie padało uff). Spakowałam prowiant Żelka – dwie bułki, chrupki kukurydziane, paluszki, banana i jaglankę oraz zapas wody. Do tego obowiązkowo ulubione piosenki Żelka na telefonie (m.in. Mucha w mucholocie, Kaczuszki, Stary niedźwiedź itp.).

Równo o 11:00 wystartowaliśmy. Udało mi się zauważyć jeszcze dwa inne rydwany i polecieliśmy. Kilometry mijały nam ekspresowo. Ze zdziwieniem patrzyłam na tempo na zegarku. Tętno też jak na bieg z wózkiem było niezłe.

Podekscytowany Żelek nie był w stanie zasnąć (choć zazwyczaj to jego pora drzemki), ale na szczęście nie marudził. Był bardzo grzeczny, śpiewał i machał kibicom. Trasa na bieg z wózkiem idealna. Asfalt cały czas, i to w bardzo dobrym stanie. Jedynie między 4:50km a 5:50km, na wysokości pól, było dziurawo i musiałam zwolnić, ale pamiętałam o tym fragmencie, i byłam na niego przygotowana. To wszystko przyczyniło się do super czasu osiągniętego na mecie. 1h03 to czas jakiego nigdy nie osiągnęłam biegając z wózkiem. Lekkość w nogach i super atmosfera dały mi wiarę, że to jeszcze nie koniec naszych wspólnych biegów 🙂 

Podsumowanie miesiąca – sierpień 2018

Sierpień to miesiąc łapania oddechu. Zawsze w tym miesiącu mamy urlop. Odpoczywam po dwóch ciężkich miesiącach w pracy i zbieram siły na nadchodzące.

Dwa pierwsze tygodnie spędziliśmy na urlopie na Suwalszczyźnie u rodzinki. Żelek przeszedł pod opiekę babci, a my staraliśmy się korzystać z uroków krajobrazów i biegać, biegać, biegać (K. jeździł na rowerze). Nie było łatwo (i tym razem nie mam na myśli wszechobecnych podbiegów 😛 ), bo pogoda nie pozwalała zaszaleć. Pierwszy tydzień to albo bieganie o 4 rano (ale serio aż tak ześwirowana nie jestem 😉 ) albo po 19:00. Mój wybór padł na tą drugą opcję. Jest mi ona bliższa 😉 Wyszło mi prawie 75km w tym 12,5km bieg na zawodach w ukropie. Jak na temperatury, które były jestem zadowolona. Do Wrocławia wróciłam pełna sił i z wyższą wydolności, dzięki czemu na pierwszych zawodach zaraz po urlopie zeszłam poniżej godziny na dyszkę (58:01) czego daaaawno mi się nie udało osiągnąć.

Już we Wrocławiu starałam się nie zwalniać. W tygodniu szybkie mocniejsze treningi (podbiegi, interwały), w weekendy coś dłuższego, spokojniejszego. Jak na razie jestem zadowolona. DO ego dorzucam w ostatnim tygodniu spacery z Żelkiem, ponieważ młody się dosyć mocno przeziębił i musiałam z nim zostać w domu. Na szczęście temperatury nie ma więc chodzić można (i dobrze bo w domu byśmy się chyba zagryźli 😛 ).

Podsumowując, sierpień to 161km w tym 19km przespacerowanych (i zalogowanych na edno 😉 ), 26h i 9997kcal spalonych. Patrząc na poprzednie miesiące, to był bardzo dobry czas.

H2O Półmaraton – relacja

8 kwietnia o 9:00 stanęłam na starcie półmaratonu. Ukończyłam go w czasie 2:15:25. Z pięknym medalem wróciłam do domu. A co działo się w ciągu tych 2 godzin i 15 minut?

Nie jestem poranną biegaczką, a już na pewno nie na takie dystanse. Stresowałam się śniadaniem – czy zjem wystarczająco, czy nie za wcześnie (i będę głodna), czy nie za późno (i żołądek mi się zbuntuje). Wstałam przed budzikiem o 6:00. Jakieś pół godziny później zjadłam standardową owsiankę. Piłam wodę aby nie być odwodniona – to mój problem rano :/ O 7:30 byłam już w drodze po pakiet. Niby się nie stresowałam, a jednak coś tam w brzuchu czułam:)

Założenie biegu było : to tylko trening, ale fajnie by było pobiec go nie gorzej jak Sobótkę rok temu. Starałam nie zejść poniżej 6:20min/km.

Pierwsze 10km było całkiem dobre. Zrobiłam je w 1:01 co jest aktualnie u mnie normą. Spokojny biec bez zmęczenia, na luzie. 11 i 12km to była nierówna walka z wiatrem. Niemiłosiernie wiało w twarz, a z powrotem (była tam agrafka) nie chciało tak samo wiać w plecy. 13-15km jeszcze było OK. Nawet tempo wzrosło. Niestety od 16km to już była walka samej ze sobą. Stopy krzyczały: STOP a kolana im wtórowały. Jedyne co mnie napędzało to cytat z „Biegaj i jedz” Scotta Jurka: Dlaczego? Bo czasami trzeba. Trzeba było dobiec skoro się wystartowało. Żółwim tempem (dosłownie) doczłapałam się do mety.

Jaka ja byłam zmęczona. Marzyłam o ściągnięciu butów i skarpetek, ale wiedziałam, że nie założyłabym ich z powrotem :/ Mimo wody w plecaku, którą ciągle piłam, byłam bardzo spragniona. Cieszyłam się, że mimo chłodnego poranka zostałam w krótkim rękawie. A ten brak mocy? Nic dziwnego, skoro ostatni taki dystans zaliczyłam w październiku, a ostatnio biegałam max. 15km. Cieszę się jednak, że zmieściłam się w zamierzonym limicie i się nie poddałam.

W marcu jak w garncu?? – podsumowanie miesiąca

Marzec zakończył się okresem przedświątecznym. Dzięki temu w sobotę udało się pobiegać dyszkę (w zacnym Żelkowym towarzystwie) i dzięki temu po 4 miesiącach udało się zamknąć miesiąc z wynikiem ponad 100 km 😀 Szału nie ma, ale światełko w tunelu jest. Biorąc pod uwagę to, że zaczęłam ten miesiąc na biegunie zimna, czyli mojej Syberii, przy -18 stopniach C i śniegu po łydki, to jest się z czego cieszyć.

Marzec w ogóle nie zachęcał do spędzania czasu poza ciepłym domkiem, ale charakter trzeba hartować. Zadowolona żegnam się z tym niewiosennym, ale przebieganym i poćwiczonym miesiącem, i czekam co przyniesie kwiecień.

Idzie luty podkuj buty – podsumowanie miesiąca

Luty za nami. Jeśli chodzi o bieganie to średnio, żeby nie powiedzieć tragicznie. Biorąc jednak wszystko pod uwagę: pogodę, smog oraz ilość pracy jaka mnie spotkała w lutym, to wcale ten spadek aktywności mnie nie dziwi. W życiu trzeba zawsze podążać za swoimi priorytetami i wartościami. Jasne, dla mnie najważniejsza nie jest praca. Czasami jednak nie ma przed nią ucieczki i wtedy muszę się zastanowić czy warto jeszcze później padając na twarz iść po 20:00 biegać, czy może lepiej zostać w domu i poćwiczyć na macie. W tym miesiącu wybrałam opcję nr 2.

Ma to swoje plusy i minusy. Dla mnie najważniejsze to poczucie, że nie siedzę na kanapie tylko mimo wszystko coś tam dla siebie robię.

Mam nadzieję, że marzec będzie dla mnie łaskawszy i uda się wrócić do regularnych treningów szczególnie, że zapisałam się na 8/04 na H2O półmaraton. Fajnie by było go przebiec z przyjemnością, a nie sapiąc jak parowóz 😉

P.S. Biorąc pod uwagę dwucyfrowe mrozy i śnieg na Suwalszczyźnie na początku marca, mój plan na razie stoi pod znakiem zapytania :/

2 lata treningów w roli mamy

21/01/2018 minęło 2 lata odkąd Żelek jest z nami. Przez te 2 lata wiele się wydarzyło biegowego jak i niebiegowego w moim życiu.

Pierwszy rok, to rok macierzyńskiego, który wydawał mi się bardzo zajmujący, i w trakcie którego wydawało mi się, że ciężko mi jest znaleźć czas i siły na trenowanie. Na szczęście dzięki wsparciu męża i rodziców, a nawet mojej prababci czy chrzestnej, czas ten się znajdował. Siły? Były. A jak nie było to i tak coś tam się znalazło 😛 Dzięki temu ze spokojem i lekkim krokiem zaliczyłam swój pierwszy półmaraton.

Początek drugiego roku przyniósł wymarzoną życiówkę na 10km w czasie 55:38.

Tak lekko i dobrze chyba nigdy wcześniej i później mi się nie biegło. Aga dziękuję za towarzystwo 🙂 Następnie był dramatyczny półmaraton Ślężański (relacja poniżej)

10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

po którym wiem, że bieganie to tak samo nogi jak i głowa. Na początku kwietnia był jeszcze promyk słońca w postaci półmaratonu H2O, a później to już tylko zjazd równią pochyłą zaliczyłam ;( Żelkowe nabieranie odporności w żłóbku dało się mi i K w kość. Przez pierwsze pół roku chorowaliśmy non stop. Tzn. my, bo Żelek dosyć łagodnie to przechodził 😛 DO tego mój powrót do pracy i stres z tym związany miał dosyć duży wpływ na moją psychikę. Na szczęście pomoc z wielu stron pozwoliła mi na poukładanie sobie świata na nowo czego dowodem jest wpis noworoczny.

Ta druga połowa roku już jawiła się w bardziej kolorowych barwach. Treningi były systematyczniejsze i dzięki temu głowa już tak nie świrowała.

Co wspominam z uśmiechem?? Między innymi nasze z Żelkiem wspólne treningi 😀 To do nich teraz tęsknię. To nad nimi się zastanawiam, kiedy już będziemy mogli do nich wrócić. Nie mogę doczekać się kiedy pogoda pozwoli na wspólne bieganie. I ciekawa jestem czy młody da radę jeszcze spokojnie posiedzieć? Czy tempo biegu będzie na tyle szybkie, aby było to dla niego ciekawe?

Pożyjemy zobaczymy. A tymczasem za mną jeden tort dla mojego alergika, i drugi przede mną. To dopiero wyzwania 😀

Podsumowanie stycznia … lepiej późno niż wcale :D

Niby styczeń miał 31 dni a jednak podsumowanie będzie króciutkie. Synek stwierdził, że to idealny miesiąc na siedzenie z mamusią w domu i się pochorował. Aby było ciekawie, zaraził mnie, tatusia swojego (chociaż akurat K ucierpiał najmniej), dziadka (tak, że bez dwóch antybiotyków się nie obeszło) i na koniec babcię 😉

Przez to moje treningi ograniczyły się do minimum. Udało mi się wyszarpać ok.53km biegu. Gdy katar pozwalał trochę pooddychać starałam się walczyć też z moją meduzą brzuszną 😛

W międzyczasie świętowaliśmy 2 rok życia Żelka (ale to będzie w innym wpisie). I tak moje „postanowienie” noworoczne aby nie planować, szybciej się spełniło niż bym pomyślała 😛

A luty? Jaki będzie? Pożyjemy zobaczymy. Na razie zaczął się sporą ilością nadgodzin co skutecznie blokuje moje bieganie w dni powszednie.

Podsumowanie 2017 roku

3/1/2017 i moje cele noworoczne:

  1. Przebiec w ok. 2-2:20 półmaraton ślężański – mimo dramatycznego przebiegu biegu udało się zmieścić w założonym czasie – 2:15
  2. Przebiec w ok.1:50-2 półmaraton nocny we Wrocławiu – niestety angina żłobkowa położyła mnie do łóżka ;(
  3. Zrobić 10km w 50-55min, a 5km w 25minut – dyszka prawie wyszła 55:39 a piąteczka jeszcze poczeka.
  4. Przyłożyć się do treningów okołobiegowych 😛 – a co to są za treningi?

To był ciężki rok. Do mojego powrotu do pracy było OK, wręcz idealnie. Regularne treningi, z biegu na bieg lepsze czasy (10 Wroactive jest tego dowodem). Niestety powrót do pracy dał mi w kość. Mało czasu po niej, sporo stresu oraz żłobkowe różnego rodzaju totalnie zdominowały nasz dom. Dawno tyle nie chorowałam, a jak nie chorowałam to dochodziłam do siebie. A forma leciała na łeb na szyje. Na początku było to powodem sporej frustracji. Dopiero po urlopie poukładałam sobie w głowie co i jak. Najważniejszy był dla mnie czas z synkiem, a jeśli mogłam go połaczyć z bieganiem to było jeszcze lepiej. Dzięki temu przebiegliśmy wspólnie sporo kilometrów i zaliczyliśmy dwa biegi medalowe: Bieg dla Poli i Bieg z Wąsem.

Te wszystkie sytuacje nauczyły mnie jednego: luzu w ramionach. Nie jest to łatwe, nie zawsze go mam. Są chwile kiedy szlag mnie trafia, że coś co zaplanowałam mi nie wyszło, ale i z tym uczuciem radzę sobie coraz lepiej.

Jakie plany na ten rok? Chcę biegać dużo, chcę dorzucić więcej ćwiczeń ogólnorozwojowych oraz dodać choć trochę rolowania. Gdzie konkretne biegi czy czasy? – ktoś może zapytać. Nie ma!! Do wszystkiego podejdę spontanicznie. Na biegi na razie nie zapisuję się z dużym wyprzedzeniem, bo wiem, że planowanie mi nie służy. Najwyżej zapłacę więcej. Nie chcę jednak podsycać uczucia o kolejnym niezrealizowanym planie.

Takie trochę moje własne, prywatne CARPE DIEM  😀

Bieg dla Poli – kilometry pomocy – relacja

19.08.2017 to pierwsze zawody po powrocie z Suwalszczyzny. Cel biegu: pomoc dla małej Poli. Trasa: 5km ścieżek leśnych w moim ukochanym lesie Osobowickim. Taktyka: totalny luz.

To wszystko spowodowało, że zdecydowałam się pobiec te zawody z Żelkiem w wózku.

Do tej pory biegaliśmy razem tylko indywidualnie, ponieważ zawsze obawiałam się humorów synka. Przebiegliśmy już trochę kilometrów razem, więc uznałam że się uda. Wszystko za tym przemawiało. Żelek wytrzymuje 6km bez zająknięcia, do godziny też daje radę. Godzina startu – 9:00 – to czas kiedy jeszcze nie jest bardzo zmęczony, ma jeszcze dobry humor po przespanej nocy. Ochłodzenie, które nadeszło idealnie służy bieganiu z wózkiem. Trasę znam jak własną kieszeń i wiem, że spokojnie można ją przebiec z wózkiem. Jedyne czego się obawiałam to deszcz i burze, który zapowiadali.

Na szczęście jak na zamówienie było idealnie. Pogoda wspaniała dla biegaczy. Przyjemny wiatr, rześkie powietrze, chmury na niebie. Żelek na początku był bardzo podekscytowany tą masą biegnących przed nami ludzi. Szybko jednak się przyzwyczaił i zajął się jedzeniem bułki 😉 Zaraz po starcie podłączyłam się do innej biegowo-wózkowej rodzinki, którzy byli na moje oko bardziej zaawansowani w tego typu bieganiu. Bardzo sprawnie torowali sobie drogę, więc skorzystałam z ich doświadczenia. Na trasie dołączyła do nas jeszcze jedna taka szalona para i tak dobiegliśmy do mety. Żelek ok.3km zasnął, co było zaskoczeniem 😉 i nie doczekał otrzymania medalu na mecie, ale na fotkę się załapał 🙂

Zawody nam się udały, mam nadzieję, że pogoda będzie nam sprzyjała i damy radę jeszcze kilka biegów pobiec w tandemie.

P.S. trochę statystki: open: 277 na 371, wśród kobiet: 120 na 167, w K30 53 na 83 😀