H2O Półmaraton – relacja

8 kwietnia o 9:00 stanęłam na starcie półmaratonu. Ukończyłam go w czasie 2:15:25. Z pięknym medalem wróciłam do domu. A co działo się w ciągu tych 2 godzin i 15 minut?

Nie jestem poranną biegaczką, a już na pewno nie na takie dystanse. Stresowałam się śniadaniem – czy zjem wystarczająco, czy nie za wcześnie (i będę głodna), czy nie za późno (i żołądek mi się zbuntuje). Wstałam przed budzikiem o 6:00. Jakieś pół godziny później zjadłam standardową owsiankę. Piłam wodę aby nie być odwodniona – to mój problem rano :/ O 7:30 byłam już w drodze po pakiet. Niby się nie stresowałam, a jednak coś tam w brzuchu czułam:)

Założenie biegu było : to tylko trening, ale fajnie by było pobiec go nie gorzej jak Sobótkę rok temu. Starałam nie zejść poniżej 6:20min/km.

Pierwsze 10km było całkiem dobre. Zrobiłam je w 1:01 co jest aktualnie u mnie normą. Spokojny biec bez zmęczenia, na luzie. 11 i 12km to była nierówna walka z wiatrem. Niemiłosiernie wiało w twarz, a z powrotem (była tam agrafka) nie chciało tak samo wiać w plecy. 13-15km jeszcze było OK. Nawet tempo wzrosło. Niestety od 16km to już była walka samej ze sobą. Stopy krzyczały: STOP a kolana im wtórowały. Jedyne co mnie napędzało to cytat z „Biegaj i jedz” Scotta Jurka: Dlaczego? Bo czasami trzeba. Trzeba było dobiec skoro się wystartowało. Żółwim tempem (dosłownie) doczłapałam się do mety.

Jaka ja byłam zmęczona. Marzyłam o ściągnięciu butów i skarpetek, ale wiedziałam, że nie założyłabym ich z powrotem :/ Mimo wody w plecaku, którą ciągle piłam, byłam bardzo spragniona. Cieszyłam się, że mimo chłodnego poranka zostałam w krótkim rękawie. A ten brak mocy? Nic dziwnego, skoro ostatni taki dystans zaliczyłam w październiku, a ostatnio biegałam max. 15km. Cieszę się jednak, że zmieściłam się w zamierzonym limicie i się nie poddałam.

W marcu jak w garncu?? – podsumowanie miesiąca

Marzec zakończył się okresem przedświątecznym. Dzięki temu w sobotę udało się pobiegać dyszkę (w zacnym Żelkowym towarzystwie) i dzięki temu po 4 miesiącach udało się zamknąć miesiąc z wynikiem ponad 100 km 😀 Szału nie ma, ale światełko w tunelu jest. Biorąc pod uwagę to, że zaczęłam ten miesiąc na biegunie zimna, czyli mojej Syberii, przy -18 stopniach C i śniegu po łydki, to jest się z czego cieszyć.

Marzec w ogóle nie zachęcał do spędzania czasu poza ciepłym domkiem, ale charakter trzeba hartować. Zadowolona żegnam się z tym niewiosennym, ale przebieganym i poćwiczonym miesiącem, i czekam co przyniesie kwiecień.

Idzie luty podkuj buty – podsumowanie miesiąca

Luty za nami. Jeśli chodzi o bieganie to średnio, żeby nie powiedzieć tragicznie. Biorąc jednak wszystko pod uwagę: pogodę, smog oraz ilość pracy jaka mnie spotkała w lutym, to wcale ten spadek aktywności mnie nie dziwi. W życiu trzeba zawsze podążać za swoimi priorytetami i wartościami. Jasne, dla mnie najważniejsza nie jest praca. Czasami jednak nie ma przed nią ucieczki i wtedy muszę się zastanowić czy warto jeszcze później padając na twarz iść po 20:00 biegać, czy może lepiej zostać w domu i poćwiczyć na macie. W tym miesiącu wybrałam opcję nr 2.

Ma to swoje plusy i minusy. Dla mnie najważniejsze to poczucie, że nie siedzę na kanapie tylko mimo wszystko coś tam dla siebie robię.

Mam nadzieję, że marzec będzie dla mnie łaskawszy i uda się wrócić do regularnych treningów szczególnie, że zapisałam się na 8/04 na H2O półmaraton. Fajnie by było go przebiec z przyjemnością, a nie sapiąc jak parowóz 😉

P.S. Biorąc pod uwagę dwucyfrowe mrozy i śnieg na Suwalszczyźnie na początku marca, mój plan na razie stoi pod znakiem zapytania :/

2 lata treningów w roli mamy

21/01/2018 minęło 2 lata odkąd Żelek jest z nami. Przez te 2 lata wiele się wydarzyło biegowego jak i niebiegowego w moim życiu.

Pierwszy rok, to rok macierzyńskiego, który wydawał mi się bardzo zajmujący, i w trakcie którego wydawało mi się, że ciężko mi jest znaleźć czas i siły na trenowanie. Na szczęście dzięki wsparciu męża i rodziców, a nawet mojej prababci czy chrzestnej, czas ten się znajdował. Siły? Były. A jak nie było to i tak coś tam się znalazło 😛 Dzięki temu ze spokojem i lekkim krokiem zaliczyłam swój pierwszy półmaraton.

Początek drugiego roku przyniósł wymarzoną życiówkę na 10km w czasie 55:38.

Tak lekko i dobrze chyba nigdy wcześniej i później mi się nie biegło. Aga dziękuję za towarzystwo 🙂 Następnie był dramatyczny półmaraton Ślężański (relacja poniżej)

10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

po którym wiem, że bieganie to tak samo nogi jak i głowa. Na początku kwietnia był jeszcze promyk słońca w postaci półmaratonu H2O, a później to już tylko zjazd równią pochyłą zaliczyłam ;( Żelkowe nabieranie odporności w żłóbku dało się mi i K w kość. Przez pierwsze pół roku chorowaliśmy non stop. Tzn. my, bo Żelek dosyć łagodnie to przechodził 😛 DO tego mój powrót do pracy i stres z tym związany miał dosyć duży wpływ na moją psychikę. Na szczęście pomoc z wielu stron pozwoliła mi na poukładanie sobie świata na nowo czego dowodem jest wpis noworoczny.

Ta druga połowa roku już jawiła się w bardziej kolorowych barwach. Treningi były systematyczniejsze i dzięki temu głowa już tak nie świrowała.

Co wspominam z uśmiechem?? Między innymi nasze z Żelkiem wspólne treningi 😀 To do nich teraz tęsknię. To nad nimi się zastanawiam, kiedy już będziemy mogli do nich wrócić. Nie mogę doczekać się kiedy pogoda pozwoli na wspólne bieganie. I ciekawa jestem czy młody da radę jeszcze spokojnie posiedzieć? Czy tempo biegu będzie na tyle szybkie, aby było to dla niego ciekawe?

Pożyjemy zobaczymy. A tymczasem za mną jeden tort dla mojego alergika, i drugi przede mną. To dopiero wyzwania 😀

Podsumowanie stycznia … lepiej późno niż wcale :D

Niby styczeń miał 31 dni a jednak podsumowanie będzie króciutkie. Synek stwierdził, że to idealny miesiąc na siedzenie z mamusią w domu i się pochorował. Aby było ciekawie, zaraził mnie, tatusia swojego (chociaż akurat K ucierpiał najmniej), dziadka (tak, że bez dwóch antybiotyków się nie obeszło) i na koniec babcię 😉

Przez to moje treningi ograniczyły się do minimum. Udało mi się wyszarpać ok.53km biegu. Gdy katar pozwalał trochę pooddychać starałam się walczyć też z moją meduzą brzuszną 😛

W międzyczasie świętowaliśmy 2 rok życia Żelka (ale to będzie w innym wpisie). I tak moje „postanowienie” noworoczne aby nie planować, szybciej się spełniło niż bym pomyślała 😛

A luty? Jaki będzie? Pożyjemy zobaczymy. Na razie zaczął się sporą ilością nadgodzin co skutecznie blokuje moje bieganie w dni powszednie.

Podsumowanie 2017 roku

3/1/2017 i moje cele noworoczne:

  1. Przebiec w ok. 2-2:20 półmaraton ślężański – mimo dramatycznego przebiegu biegu udało się zmieścić w założonym czasie – 2:15
  2. Przebiec w ok.1:50-2 półmaraton nocny we Wrocławiu – niestety angina żłobkowa położyła mnie do łóżka ;(
  3. Zrobić 10km w 50-55min, a 5km w 25minut – dyszka prawie wyszła 55:39 a piąteczka jeszcze poczeka.
  4. Przyłożyć się do treningów okołobiegowych 😛 – a co to są za treningi?

To był ciężki rok. Do mojego powrotu do pracy było OK, wręcz idealnie. Regularne treningi, z biegu na bieg lepsze czasy (10 Wroactive jest tego dowodem). Niestety powrót do pracy dał mi w kość. Mało czasu po niej, sporo stresu oraz żłobkowe różnego rodzaju totalnie zdominowały nasz dom. Dawno tyle nie chorowałam, a jak nie chorowałam to dochodziłam do siebie. A forma leciała na łeb na szyje. Na początku było to powodem sporej frustracji. Dopiero po urlopie poukładałam sobie w głowie co i jak. Najważniejszy był dla mnie czas z synkiem, a jeśli mogłam go połaczyć z bieganiem to było jeszcze lepiej. Dzięki temu przebiegliśmy wspólnie sporo kilometrów i zaliczyliśmy dwa biegi medalowe: Bieg dla Poli i Bieg z Wąsem.

Te wszystkie sytuacje nauczyły mnie jednego: luzu w ramionach. Nie jest to łatwe, nie zawsze go mam. Są chwile kiedy szlag mnie trafia, że coś co zaplanowałam mi nie wyszło, ale i z tym uczuciem radzę sobie coraz lepiej.

Jakie plany na ten rok? Chcę biegać dużo, chcę dorzucić więcej ćwiczeń ogólnorozwojowych oraz dodać choć trochę rolowania. Gdzie konkretne biegi czy czasy? – ktoś może zapytać. Nie ma!! Do wszystkiego podejdę spontanicznie. Na biegi na razie nie zapisuję się z dużym wyprzedzeniem, bo wiem, że planowanie mi nie służy. Najwyżej zapłacę więcej. Nie chcę jednak podsycać uczucia o kolejnym niezrealizowanym planie.

Takie trochę moje własne, prywatne CARPE DIEM  😀

Bieg dla Poli – kilometry pomocy – relacja

19.08.2017 to pierwsze zawody po powrocie z Suwalszczyzny. Cel biegu: pomoc dla małej Poli. Trasa: 5km ścieżek leśnych w moim ukochanym lesie Osobowickim. Taktyka: totalny luz.

To wszystko spowodowało, że zdecydowałam się pobiec te zawody z Żelkiem w wózku.

Do tej pory biegaliśmy razem tylko indywidualnie, ponieważ zawsze obawiałam się humorów synka. Przebiegliśmy już trochę kilometrów razem, więc uznałam że się uda. Wszystko za tym przemawiało. Żelek wytrzymuje 6km bez zająknięcia, do godziny też daje radę. Godzina startu – 9:00 – to czas kiedy jeszcze nie jest bardzo zmęczony, ma jeszcze dobry humor po przespanej nocy. Ochłodzenie, które nadeszło idealnie służy bieganiu z wózkiem. Trasę znam jak własną kieszeń i wiem, że spokojnie można ją przebiec z wózkiem. Jedyne czego się obawiałam to deszcz i burze, który zapowiadali.

Na szczęście jak na zamówienie było idealnie. Pogoda wspaniała dla biegaczy. Przyjemny wiatr, rześkie powietrze, chmury na niebie. Żelek na początku był bardzo podekscytowany tą masą biegnących przed nami ludzi. Szybko jednak się przyzwyczaił i zajął się jedzeniem bułki 😉 Zaraz po starcie podłączyłam się do innej biegowo-wózkowej rodzinki, którzy byli na moje oko bardziej zaawansowani w tego typu bieganiu. Bardzo sprawnie torowali sobie drogę, więc skorzystałam z ich doświadczenia. Na trasie dołączyła do nas jeszcze jedna taka szalona para i tak dobiegliśmy do mety. Żelek ok.3km zasnął, co było zaskoczeniem 😉 i nie doczekał otrzymania medalu na mecie, ale na fotkę się załapał 🙂

Zawody nam się udały, mam nadzieję, że pogoda będzie nam sprzyjała i damy radę jeszcze kilka biegów pobiec w tandemie.

P.S. trochę statystki: open: 277 na 371, wśród kobiet: 120 na 167, w K30 53 na 83 😀

Królestwo podbiegów i jezior – Suwalszczyzna

Suwalszczyzna to kraina, która zaskakuje z każdą wizytą. Dla większości to Mazury, co jest dużym faux pas. Jeśli już to Podlasie (administracyjnie), ale tak naprawdę Suwalszczyzna to Suwalszczyzna i już, koniec kropka. Jest tak inna geograficznie, że tylko po jej poznaniu można to zrozumieć.

Przyjeżdżam tu od 2008 roku (o matko :O 9 lat już WOW), a biegam od 2013. Jak dotąd najlepsze trasy biegowe jakie znam. Nawet bieg brzegiem morza się nie umywa (choć bardzo to lubię). Widoki zapierające dech w piersiach, powietrze które czystością dodaje sił. Pogoda, która dla biegacza jest w 90% łaskawa, bo nawet jak grzeje słońce to wieje wiatr i daje wytchnienie. Te 10% nie łaskawości to zima z temperaturami poniżej -15 stopni 😛 Ale ile tu tej zimy jest (buhahaha :D).

Jest to raj dla miłośników podbiegów, ponieważ tu nie ma płaskich odcinków. Podbieg goni podbieg. Najciekawsze są te trasy gdzie zamiast zbiegu jest kolejny podbieg 🙂 Na początku je liczyłam, ale zawsze w okolicy 10-11 odpuszczałam, bo wiedziałam, że przy kolejnych -nastu czy -dziesięciu stracę rachubę 😛

Tu interwały nie wchodzą w grę (choć w Suwałkach jest nowiutka bieżna, może w końcu ją odwiedzą 😀 ). Długie wybiegania robią się jeszcze dłuższe, bo co i rusz trzeba się zatrzymywać i cykać fotkę kolejnemu pięknemu widokowi. A aparat jest jednym z ważniejszych akcesoriów biegowych.

Po biegu można skorzystać z ochłodzenia się w jednym z tysiąca okolicznych jezior. Są tu i te płytsze=cieplejsze, i te głębokie=chłodniejsze W okresach jesienno-zimowych można do regeneracyjnych rytuałów dorzucić saunę i kąpiel w przerębli. Osobiście nie przepadam, ale dużo osób sobie to chwali.

Podsumowują, aktywny wypoczynek w każdą porę roku tylko na Suwalszczyźnie.

Bieg Wśród Krasnych Pól – relacja

Bieg wśród Krasnych Pól miał w ostatnią niedzielę (6.08.2017) swoją trzecią edycję. Nie brałam udziału w poprzednich dwóch, ale słyszałam zachwyty innych biegaczy więc nie miałam innego wyjścia jak spróbować tam swoich sił. Termin idealnie zgrał się ze środkiem mojego urlopu na Suwalszczyźnie. Już trochę nogi rozbiegałam po okolicznych górkach i pagórkach, dzięki czemu mojego nogi nie przeżyły szoku 😉

Start był o 14:30. Z jednej strony godzina dobra, bo ja nie lubię biegać z samego rana (zawsze mam wtedy problem z jedzeniem i nawodnieniem), z drugiej trzeba uważać co się je na obiad żeby nie przedobrzyć :/ No i ta temperatura. Niby biegun zimna, niby już chłodne noce, i niby poranek nie zapowiadał gorąca, a tu jednak taka niespodzianka 🙂 Grzało nieźle, dobrze że  na trasie wiało, choć i to było momentami za dużo 😀 W sumie można podsumować bieg słowami: grzało, wiało i podbiegów sporo, ale było super 😀

Odbiór pakietów sprawny, transport na miejsce startu bezproblemowy. Lekkie zdziwienie to modlitwa przed startem, ale klękać nie klękano więc niemodlący się nie rzucali się w oczy 😉

Pierwsze chyba 4km biegło się drogą asfaltową. Czułam przypływ energii i sił, ale starałam się trzymać je na wodze, żeby za szybko nie odpaść. Teraz myślę, że mogłam właśnie wtedy nadgonić, bo kolejne kilometry prowadziły po terenie, po którym nie bardzo dało się prędkości rozwinąć. Nauka na przyszłość. Pozostałe kilometry to już tylko drogi piaskowe, ścieżki polne i leśne a także udeptana trawa przez szczere pole. Dopiero ostatnie 500m biegło się przez Krasnopol.  Nie ukrywam, że przez chwilę myślałam, że GPS źle pokazuje dystans, bo jak to już prawie koniec a tu cały czas pola 😀 Widoki cudne, może uda się pobiec po prostu dla samych widoków i robienia zdjęć 🙂

Trasa super oznakowana (zdjęcie tytułowe) co mnie ucieszyło, bo nie ukrywam, że troszkę się obawiałam czy się nie pogubię (taka zdolna jestem 😛 ). Sporo punktów z wodą i nawet jeden z, chyba, bananami. Rzadkość jak na taki (krótki) dystans 🙂

Na mecie soczewiaki, kiszka, babka ziemniaczana, sękacz i inne przysmaki lokalne. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie i spokojnie uzupełnić spalone kalorie.

Bieg wygrał, oczywiście, Bartek Olszewski (vel. warszawskibiegacz). Wielki szacunek za taki czas w takim upale na takiej trasie 🙂 Ja spotkałam i zamieniłam kilka miłych słów Kasią Gorlo (vel. RunTheWorld) oraz z kolegą z pracy, który okazało się pochodzi z Augustowa (jaki ten świat mały).

Na mecie miłe wiwaty kibiców w osobach teściów. Bardzo miłe kibicowanie przez mojego K. co to mimo zarzekania się, że nie, nie będzie jeździł na zawody to jednak czasami mu się zdarza 😀 No i najwspanialszy kibic na świecie, który jak już mnie zobaczył to nie chciał puścić – mój cudny, kochaniutki, słodziutki Żelek.

Bieg super, polecam wszystkim, którzy chcą pobiegać w pięknych okolicznościach przyrody a przy okazji zażyć trochę rywalizacji 😉

Jak się nadarzy okazja to wezmę w nim udział jeszcze nie raz !!

P.S. trochę statystki: czas 1:19:18, w open na 118 osób byłam 100, a wśród 32 kobiet 23 😀

Bieganie z Lidlem

Lidl słynie ze swoich promocji 😉 Rano, w dzień wystawienia towaru należy ustawić się odpowiednio wcześniej od otwarcia sklepu i rzucić się na rozchylające się drzwi. Praca łokciami jest niezbędna aby dostać się do koszy z dobrem doczesnym i móc zagarnąć towar w ilości nieznanej ale jakże wyczekanej. Z tego też prostego powodu nigdy nie kupowałam tam nic poza jedzeniem, ponieważ wtedy gdy ja się tam pojawiałam nic już nie było do wybrania. Coś się chyba jednak zmieniło, ponieważ pewnego razu udało mi się znaleźć spodenki do biegania i plecak do camelbecka (a może po prostu asortyment nie ten :P). Niepewna jakości (choć sporo osób sobie chwali ichnie produkty przemysłowe) zakupiłam je z myślą, że przecież zawsze istnieje możliwość oddania.

Na pierwszy bieg w spodenkach wybrałam trening z Żelkiem w wózku. Jest on krótszy i mniej intensywny, więc gdyby jednak się nie sprawdziły i mnie obtarły to powrót byłby szybszy i łatwiejszy 😉 Mam masywne uda i niestety w typowych krótkich spodenkach w okresie letnim zawsze w tych newralgicznych miejscach się poobcieram :/ Ponieważ nie da się przebiec całego lata w leginsach ¾, a w takich do kolana wyglądam tragicznie to szukałam spodenek, które mają wstawione legginsy ciut dłuższe i chroniące od obtarć. Cenowo nawet wersja Kalenji zniechęcała mnie do kupna dlatego gdy zobaczyłam te oto w Lidlu za cenę 24.99zl stwierdziłam że raz się żyje;) można zaszaleć. Spodenki są z fajnego technicznego materiału. Mają wewnątrz małą kieszonkę w której drobne rzecz się zmieści i nie wypadnie (zazwyczaj klucz albo jakiś drobny pieniądz tam mam). Są w fajnym pomarańczowym kolorze, ale czy były w innym nie mam pojęcia;) tylko te zostały. Biega się w nich dobrze, podspodenki sprawdzają się w swojej roli, choć gdy biegłam w mega ukropie to lekko coś tam nie zagrało i lekki dyskomfort był. Nie jest to nic dziwnego bo przy takim skwarze to i tak niewiele się stało 😛 Przypadły mi do gustu na tyle, że jak trafiłam przypadkiem na drugą para to od razu ją wzięłam.

Plecak musiał chwilę poczekać bo musiała kupić do niego camelbacka. Przyszło mi go wypróbować pewniej ciepłej ale i parnej niedzieli. Pora idealna, bo i sprawdziłam jak się biega i pije oraz mogłam zweryfikować ewentualne niedogodności związane z bieganiem z plecakiem. Za mną już kilka biegów z nim i jestem zadowolona. Plecak nie uwiera, nie ociera, nie przesuwa się w trakcie biegu. Tak jak ścisnę szelki tak się trzymają przez cały bieg. Samo picie z camelbacka też jest wygodne. Nic mi nie zajmuje ręki. Nie ma już pasa który by się przekręcał czy rozluźniał. Samo picie też jest inne niż z bidonu. Pije się mniejszymi łykami wiec myślę że szanse na kolki też są mniejsze 😉
Podsumowując: jestem zadowolona z zakupu tych dwóch rzeczy. I cena i jakość są dla mnie odpowiednie. Jeśli tylko będzie mi dane coś jeszcze ich produktów tego typu kupić na pewno się nie zawaham. Poza tym zawsze można oddać;)