Podsumowanie miesiąca – październik

Słabiutki miesiąc za mną. I pod względem biegowym, i blogowym :/ Jedyne 26km biegu. Zero wpisów przez cały miesiąc. Na szczęście mogę do tego dorzucić sporo ćwiczeń wzmacniających. Niestety zostałam powalona przez chorobę. Kaszel i zatoki nie pozwalają na głębsze oddychanie więc musiałam dać sobie chwilę na dojście do siebie. Jest to też znak, że się zmieniłam. Kiedyś mimo wszystko bym poszła biegać, a teraz uczę się odpuszczać. Tak więc siedzę w domu, gotuję, oglądam seriale i czytam. I mam nadzieję, że szybko wrócę do aktywności 😉

Podsumowanie miesiąca – wrzesień

Tegoroczny wrzesień nas rozpieszcza pogodowo. Nie do końca przez to biegało się dobrze, ale na pewno lepiej niż w sierpniowych upałach 😉 W sumie pokonałam 133km, z czego 102 przebiegłam. Do tego dorzuciłam min. 2 godzinne treningi siłowe w tygodniu, z czego raz w tygodniu z treneiro. Poza tym bardziej skupiam się na tym co jem i w jakiej ilości. Jest to upierdliwe, ale powoli wyrabiam nawyki.

Myślę, że ten miesiąc mimo pracy i obowiązków domowo/rodzinnych mogę z czystym sumieniem zaliczyć do udanych.

 

Bieg Koguta 2/09/2018 Oława – relacja

Bieg Koguta to jeden z nielicznych biegów poza Wrocławiem na który jeżdżę. Oczywiście dlatego, że Oława jest bardzo blisko 😉 Nie przepadam za logistyką wyjazdową, a szczególnie jeśli w planie mam start z Żelkiem. Bieganie z wózkiem to dla mnie spore przedsięwzięcie, więc wolę nie dodawać do tego jeszcze kilometrów dojazdowych.

Pakiet odebrałam dzień wcześniej. Przypadł do gustu młodemu i w trakcie samego biegu również go zajmował (oglądał książeczkę, z linijki odblaskowej zrobił sobie lornetkę, a frotkę miał na ręce 😀 ).

W nocy mocno padało, a ja nie miałam dopasowanej folii do wózka, dlatego też nasz wspólny start stał pod znakiem zapytania do samego wyjazdu.

Niedziela przywitała nas chmurami i brakiem słońca, ale znaki ze stron pogodowych mówiły, że padać już nie będzie ( i nie padało uff). Spakowałam prowiant Żelka – dwie bułki, chrupki kukurydziane, paluszki, banana i jaglankę oraz zapas wody. Do tego obowiązkowo ulubione piosenki Żelka na telefonie (m.in. Mucha w mucholocie, Kaczuszki, Stary niedźwiedź itp.).

Równo o 11:00 wystartowaliśmy. Udało mi się zauważyć jeszcze dwa inne rydwany i polecieliśmy. Kilometry mijały nam ekspresowo. Ze zdziwieniem patrzyłam na tempo na zegarku. Tętno też jak na bieg z wózkiem było niezłe.

Podekscytowany Żelek nie był w stanie zasnąć (choć zazwyczaj to jego pora drzemki), ale na szczęście nie marudził. Był bardzo grzeczny, śpiewał i machał kibicom. Trasa na bieg z wózkiem idealna. Asfalt cały czas, i to w bardzo dobrym stanie. Jedynie między 4:50km a 5:50km, na wysokości pól, było dziurawo i musiałam zwolnić, ale pamiętałam o tym fragmencie, i byłam na niego przygotowana. To wszystko przyczyniło się do super czasu osiągniętego na mecie. 1h03 to czas jakiego nigdy nie osiągnęłam biegając z wózkiem. Lekkość w nogach i super atmosfera dały mi wiarę, że to jeszcze nie koniec naszych wspólnych biegów 🙂 

Podsumowanie miesiąca – sierpień 2018

Sierpień to miesiąc łapania oddechu. Zawsze w tym miesiącu mamy urlop. Odpoczywam po dwóch ciężkich miesiącach w pracy i zbieram siły na nadchodzące.

Dwa pierwsze tygodnie spędziliśmy na urlopie na Suwalszczyźnie u rodzinki. Żelek przeszedł pod opiekę babci, a my staraliśmy się korzystać z uroków krajobrazów i biegać, biegać, biegać (K. jeździł na rowerze). Nie było łatwo (i tym razem nie mam na myśli wszechobecnych podbiegów 😛 ), bo pogoda nie pozwalała zaszaleć. Pierwszy tydzień to albo bieganie o 4 rano (ale serio aż tak ześwirowana nie jestem 😉 ) albo po 19:00. Mój wybór padł na tą drugą opcję. Jest mi ona bliższa 😉 Wyszło mi prawie 75km w tym 12,5km bieg na zawodach w ukropie. Jak na temperatury, które były jestem zadowolona. Do Wrocławia wróciłam pełna sił i z wyższą wydolności, dzięki czemu na pierwszych zawodach zaraz po urlopie zeszłam poniżej godziny na dyszkę (58:01) czego daaaawno mi się nie udało osiągnąć.

Już we Wrocławiu starałam się nie zwalniać. W tygodniu szybkie mocniejsze treningi (podbiegi, interwały), w weekendy coś dłuższego, spokojniejszego. Jak na razie jestem zadowolona. DO ego dorzucam w ostatnim tygodniu spacery z Żelkiem, ponieważ młody się dosyć mocno przeziębił i musiałam z nim zostać w domu. Na szczęście temperatury nie ma więc chodzić można (i dobrze bo w domu byśmy się chyba zagryźli 😛 ).

Podsumowując, sierpień to 161km w tym 19km przespacerowanych (i zalogowanych na edno 😉 ), 26h i 9997kcal spalonych. Patrząc na poprzednie miesiące, to był bardzo dobry czas.

H2O Półmaraton – relacja

8 kwietnia o 9:00 stanęłam na starcie półmaratonu. Ukończyłam go w czasie 2:15:25. Z pięknym medalem wróciłam do domu. A co działo się w ciągu tych 2 godzin i 15 minut?

Nie jestem poranną biegaczką, a już na pewno nie na takie dystanse. Stresowałam się śniadaniem – czy zjem wystarczająco, czy nie za wcześnie (i będę głodna), czy nie za późno (i żołądek mi się zbuntuje). Wstałam przed budzikiem o 6:00. Jakieś pół godziny później zjadłam standardową owsiankę. Piłam wodę aby nie być odwodniona – to mój problem rano :/ O 7:30 byłam już w drodze po pakiet. Niby się nie stresowałam, a jednak coś tam w brzuchu czułam:)

Założenie biegu było : to tylko trening, ale fajnie by było pobiec go nie gorzej jak Sobótkę rok temu. Starałam nie zejść poniżej 6:20min/km.

Pierwsze 10km było całkiem dobre. Zrobiłam je w 1:01 co jest aktualnie u mnie normą. Spokojny biec bez zmęczenia, na luzie. 11 i 12km to była nierówna walka z wiatrem. Niemiłosiernie wiało w twarz, a z powrotem (była tam agrafka) nie chciało tak samo wiać w plecy. 13-15km jeszcze było OK. Nawet tempo wzrosło. Niestety od 16km to już była walka samej ze sobą. Stopy krzyczały: STOP a kolana im wtórowały. Jedyne co mnie napędzało to cytat z „Biegaj i jedz” Scotta Jurka: Dlaczego? Bo czasami trzeba. Trzeba było dobiec skoro się wystartowało. Żółwim tempem (dosłownie) doczłapałam się do mety.

Jaka ja byłam zmęczona. Marzyłam o ściągnięciu butów i skarpetek, ale wiedziałam, że nie założyłabym ich z powrotem :/ Mimo wody w plecaku, którą ciągle piłam, byłam bardzo spragniona. Cieszyłam się, że mimo chłodnego poranka zostałam w krótkim rękawie. A ten brak mocy? Nic dziwnego, skoro ostatni taki dystans zaliczyłam w październiku, a ostatnio biegałam max. 15km. Cieszę się jednak, że zmieściłam się w zamierzonym limicie i się nie poddałam.

W marcu jak w garncu?? – podsumowanie miesiąca

Marzec zakończył się okresem przedświątecznym. Dzięki temu w sobotę udało się pobiegać dyszkę (w zacnym Żelkowym towarzystwie) i dzięki temu po 4 miesiącach udało się zamknąć miesiąc z wynikiem ponad 100 km 😀 Szału nie ma, ale światełko w tunelu jest. Biorąc pod uwagę to, że zaczęłam ten miesiąc na biegunie zimna, czyli mojej Syberii, przy -18 stopniach C i śniegu po łydki, to jest się z czego cieszyć.

Marzec w ogóle nie zachęcał do spędzania czasu poza ciepłym domkiem, ale charakter trzeba hartować. Zadowolona żegnam się z tym niewiosennym, ale przebieganym i poćwiczonym miesiącem, i czekam co przyniesie kwiecień.

Idzie luty podkuj buty – podsumowanie miesiąca

Luty za nami. Jeśli chodzi o bieganie to średnio, żeby nie powiedzieć tragicznie. Biorąc jednak wszystko pod uwagę: pogodę, smog oraz ilość pracy jaka mnie spotkała w lutym, to wcale ten spadek aktywności mnie nie dziwi. W życiu trzeba zawsze podążać za swoimi priorytetami i wartościami. Jasne, dla mnie najważniejsza nie jest praca. Czasami jednak nie ma przed nią ucieczki i wtedy muszę się zastanowić czy warto jeszcze później padając na twarz iść po 20:00 biegać, czy może lepiej zostać w domu i poćwiczyć na macie. W tym miesiącu wybrałam opcję nr 2.

Ma to swoje plusy i minusy. Dla mnie najważniejsze to poczucie, że nie siedzę na kanapie tylko mimo wszystko coś tam dla siebie robię.

Mam nadzieję, że marzec będzie dla mnie łaskawszy i uda się wrócić do regularnych treningów szczególnie, że zapisałam się na 8/04 na H2O półmaraton. Fajnie by było go przebiec z przyjemnością, a nie sapiąc jak parowóz 😉

P.S. Biorąc pod uwagę dwucyfrowe mrozy i śnieg na Suwalszczyźnie na początku marca, mój plan na razie stoi pod znakiem zapytania :/

2 lata treningów w roli mamy

21/01/2018 minęło 2 lata odkąd Żelek jest z nami. Przez te 2 lata wiele się wydarzyło biegowego jak i niebiegowego w moim życiu.

Pierwszy rok, to rok macierzyńskiego, który wydawał mi się bardzo zajmujący, i w trakcie którego wydawało mi się, że ciężko mi jest znaleźć czas i siły na trenowanie. Na szczęście dzięki wsparciu męża i rodziców, a nawet mojej prababci czy chrzestnej, czas ten się znajdował. Siły? Były. A jak nie było to i tak coś tam się znalazło 😛 Dzięki temu ze spokojem i lekkim krokiem zaliczyłam swój pierwszy półmaraton.

Początek drugiego roku przyniósł wymarzoną życiówkę na 10km w czasie 55:38.

Tak lekko i dobrze chyba nigdy wcześniej i później mi się nie biegło. Aga dziękuję za towarzystwo 🙂 Następnie był dramatyczny półmaraton Ślężański (relacja poniżej)

10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

po którym wiem, że bieganie to tak samo nogi jak i głowa. Na początku kwietnia był jeszcze promyk słońca w postaci półmaratonu H2O, a później to już tylko zjazd równią pochyłą zaliczyłam ;( Żelkowe nabieranie odporności w żłóbku dało się mi i K w kość. Przez pierwsze pół roku chorowaliśmy non stop. Tzn. my, bo Żelek dosyć łagodnie to przechodził 😛 DO tego mój powrót do pracy i stres z tym związany miał dosyć duży wpływ na moją psychikę. Na szczęście pomoc z wielu stron pozwoliła mi na poukładanie sobie świata na nowo czego dowodem jest wpis noworoczny.

Ta druga połowa roku już jawiła się w bardziej kolorowych barwach. Treningi były systematyczniejsze i dzięki temu głowa już tak nie świrowała.

Co wspominam z uśmiechem?? Między innymi nasze z Żelkiem wspólne treningi 😀 To do nich teraz tęsknię. To nad nimi się zastanawiam, kiedy już będziemy mogli do nich wrócić. Nie mogę doczekać się kiedy pogoda pozwoli na wspólne bieganie. I ciekawa jestem czy młody da radę jeszcze spokojnie posiedzieć? Czy tempo biegu będzie na tyle szybkie, aby było to dla niego ciekawe?

Pożyjemy zobaczymy. A tymczasem za mną jeden tort dla mojego alergika, i drugi przede mną. To dopiero wyzwania 😀

Podsumowanie stycznia … lepiej późno niż wcale :D

Niby styczeń miał 31 dni a jednak podsumowanie będzie króciutkie. Synek stwierdził, że to idealny miesiąc na siedzenie z mamusią w domu i się pochorował. Aby było ciekawie, zaraził mnie, tatusia swojego (chociaż akurat K ucierpiał najmniej), dziadka (tak, że bez dwóch antybiotyków się nie obeszło) i na koniec babcię 😉

Przez to moje treningi ograniczyły się do minimum. Udało mi się wyszarpać ok.53km biegu. Gdy katar pozwalał trochę pooddychać starałam się walczyć też z moją meduzą brzuszną 😛

W międzyczasie świętowaliśmy 2 rok życia Żelka (ale to będzie w innym wpisie). I tak moje „postanowienie” noworoczne aby nie planować, szybciej się spełniło niż bym pomyślała 😛

A luty? Jaki będzie? Pożyjemy zobaczymy. Na razie zaczął się sporą ilością nadgodzin co skutecznie blokuje moje bieganie w dni powszednie.

Podsumowanie 2017 roku

3/1/2017 i moje cele noworoczne:

  1. Przebiec w ok. 2-2:20 półmaraton ślężański – mimo dramatycznego przebiegu biegu udało się zmieścić w założonym czasie – 2:15
  2. Przebiec w ok.1:50-2 półmaraton nocny we Wrocławiu – niestety angina żłobkowa położyła mnie do łóżka ;(
  3. Zrobić 10km w 50-55min, a 5km w 25minut – dyszka prawie wyszła 55:39 a piąteczka jeszcze poczeka.
  4. Przyłożyć się do treningów okołobiegowych 😛 – a co to są za treningi?

To był ciężki rok. Do mojego powrotu do pracy było OK, wręcz idealnie. Regularne treningi, z biegu na bieg lepsze czasy (10 Wroactive jest tego dowodem). Niestety powrót do pracy dał mi w kość. Mało czasu po niej, sporo stresu oraz żłobkowe różnego rodzaju totalnie zdominowały nasz dom. Dawno tyle nie chorowałam, a jak nie chorowałam to dochodziłam do siebie. A forma leciała na łeb na szyje. Na początku było to powodem sporej frustracji. Dopiero po urlopie poukładałam sobie w głowie co i jak. Najważniejszy był dla mnie czas z synkiem, a jeśli mogłam go połaczyć z bieganiem to było jeszcze lepiej. Dzięki temu przebiegliśmy wspólnie sporo kilometrów i zaliczyliśmy dwa biegi medalowe: Bieg dla Poli i Bieg z Wąsem.

Te wszystkie sytuacje nauczyły mnie jednego: luzu w ramionach. Nie jest to łatwe, nie zawsze go mam. Są chwile kiedy szlag mnie trafia, że coś co zaplanowałam mi nie wyszło, ale i z tym uczuciem radzę sobie coraz lepiej.

Jakie plany na ten rok? Chcę biegać dużo, chcę dorzucić więcej ćwiczeń ogólnorozwojowych oraz dodać choć trochę rolowania. Gdzie konkretne biegi czy czasy? – ktoś może zapytać. Nie ma!! Do wszystkiego podejdę spontanicznie. Na biegi na razie nie zapisuję się z dużym wyprzedzeniem, bo wiem, że planowanie mi nie służy. Najwyżej zapłacę więcej. Nie chcę jednak podsycać uczucia o kolejnym niezrealizowanym planie.

Takie trochę moje własne, prywatne CARPE DIEM  😀