Sportymum in da kitchen – w ogóle i nie w szczególe ;)

Po urodzeniu Żelka postanowiłam całkowicie zrezygnować z jedzenia mięsa. Do tej pory spożywałam je sporadycznie, ale na pewno nie ze względu na walory smakowe, tylko bardziej z wygody czy „zdrowego rozsądku”. Wydawało mi się, że rezygnując z mięsa ciężko będzie mi zbilansować dania tak aby było zdrowo. Na szczęście w sukurs przyszły blogi wegetarianek /weganek i fachowa literatura. Tak więc od połowy 2016 roku nie jem mięsa. Pozostawiłam sobie ryby i jajka. Z nabiału zostały mi sery żółte, pleśniowe i typu feta, ponieważ po „białym” nabiale źle się czuję.

To ja i moja kuchnia. Aby było ciekawiej i z dreszczykiem emocji po 8 miesiącu życia Żelka zorientowaliśmy się, że młody na bank ma alergie pokarmowe. Dzięki testom i obserwacjom zaczęliśmy wykluczać coraz to nowe pokarmy. Na tą chwilę jest tego sporo (o czym będzie osobny wpis), ale mam nadzieję, że choć część zniknie, bądź choć odrobinę zelżeje.

I wiśnióweczka na torcie: mąż typowy mięsożerca 😀

Jak widać w kuchni nie jest dane mi się nudzić. Gotuję przynajmniej 2 różne obiady (ja+Żelek i mąż lub ja i mąż+Żelek) jak nie trzy. Borykam się z kaprysami 3,5 latka, zaciskam zęby i wymyślam kolejne dania.

Najważniejsze jednak jest to, że lubię stać przy garach. To taka chwila tylko dla mnie, trochę jak bieganie 🙂 Oczyszcza mi głowę i daje poczucie spełnienia. Jak nie biegam to gotuje, a jak biegam to też gotuję, bo przecież trzeba mieć paliwo do biegania 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *