10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

10 Panas Półmaraton Ślężański za nami. Sobótka przywitała nas pięknym słońcem i krystalicznym niebem. Po odebraniu pakietu i zapoznaniu się ze strefą toitoi 😉 zaczęło się spotykanie ze znajomymi biegaczami/biegaczkami 😀 Bieg biegiem, ale spotkania towarzyskie okołobiegowe to jest bardzo ważna jak nie najważniejsza część zawodów 😀

10:20 obrałyśmy kierunek START. Zaliczyłyśmy tez wszystkie strefy czasowe 😉 nim znalazłyśmy naszą piękną powyżej 2h. Na moim numerze widniała jakaś dziwna 😉 1:45-2:00 ale to było w ferworze październikowego haju :P. Żelisław i jego żłobek zweryfikowały moje założenia treningowe 😉 i racjonalne podejście do sprawy skierowało mnie na strefę następną. Śmiechy i chichy towarzyszyły nam do wystrzału, który punktualnie o 11:00 dał znak pond 4000 biegaczy do startu.

Pierwsze 7km biegło się bardzo dobrze. Noga lekka, zero zadyszki, nawet momentami tempo było zawrotne 😀 aż się musiałam stopować 😉 8-9km to końcówka podbiegu pod Tąpadło i rzeczywiście można paść 😉 Ale nagroda w formie zbiegu w tempie 5:30 była super. Choć nie powiem, hamowałam się aby nie przesadzić, no i moja technika podbiegowa do super nie należy i nie chciałam sobie kolan zajechać :/

Do 16km było dobrze. Euforia z pierwszych kilometrów już trochę wyparowała, ale widoki robiły swoje i pozwalały odwrócić uwagę od powoli pojawiającego się zmęczenia.

Niestety od 16km zaczęła się walka z samym sobą. Lewa noga stwierdziła, że pokaże mi co to znaczy nie do końca dobre przygotowanie techniczne. Kolano zaczęło boleć, do tego wrócił ból mięśnia dwugłowego uda (chyba to ten bądź ten zaraz obok 😛 ). To spowodowało, że zaczęłam krzywo biec i efektem był pęcherz na małym palcu u prawej nogi 😉 dosyć szybko bolący :/ Od tego momentu zaczęłam liczyć kilometry do końca, co jest u mnie oznaką niezłego zmęczenia :/ Walka psychiczna była ogromna, pojawiła się nawet myśl aby się poddać i karetką dojechać na metę ;( Tempo leciało na łeb na szyję, a 20km to chyba bardziej szłam niż biegłam. O dziwo przed samą metą miałam możliwość przyśpieszenia, bo wygrzebałam jeszcze jakieś resztki sił, ale zupełnie nie czułam parcia na szybki finisz :/ i spokojnie ja sobie przebiegłam.

Co było później? Regeneracja wśród przyjaciół, którzy jak zawsze podnoszą na duchu 🙂

Wnioski: potrzebowałam doby aby do nich dojść. Jakie są? Gorzkie 😉 no nie aż tak bardzo, ale radosne nie są.

Po pierwsze: trening biegowy do dobrych nie należał. Nie powiem, że jego brak, ale szału nie było. Najdłuższe wybieganie miało 12km. Do tego tydzień przed nie biegłam nic. Podbiegi kulały masakrycznie. Nie jest to moja ulubiona jednostka treningowa, ale mogłam się bardziej do niej przyłożyć, dla własnego dobra.

Po drugie: totalny brak treningu okołobiegowego. Stąd moje problemy z kolanami i mięśniami nóg (poza brakiem podbiegów co też się do tego przyczyniło).

Po trzecie: psychika. Wiem gdzie jest problem i ten bieg to już był chyba ostatni gwóźdź do trumny, ostatni kopniak, który wykopie mnie do działania 😛

Mimo wszystko uważam, że jak na braki i błędne decyzje to czas 2:15:04 jest niezłym czasem wykręconym przeze mnie. Dzięki temu nie tracę nadziei na kolejną połówkę, która już 8 kwietnia (H2O) we Wrocławiu. Cudów nie zdziałam w dwa tygodnie, ale wierzę, że nie będzie takie dramatu i walki jak w Sobótce.

Trzymajcie kciuki!!

2 myśli w temacie “10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja”

  1. Podziwiam wszystkich, którzy biegają. Ja biegam tylko po zakupy do sklepu. Niestety totalnie nie czuję radości w bieganiu. Może robię coś źle?

    1. Trudno mi powiedzieć nie wiedząc jak biegasz. Może za szybko od razu chcesz pobiec i bardziej się męczysz? Wtedy to nie jest rzeczywiście żadna przyjemność. Na początku zawsze powinno się biegać wolno, w tzw. tempie konwersacyjnym. A może po prostu to nie twoja bajka. Nie każdy musi lubić biegać. Najważniejsze to nie siedzieć na kanapie tylko się ruszać tak aby to sprawiało przyjemność

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *