Co w kuchni piszczy

Jak już wspominałam zajęcia kuchenne mają na mnie dobry wpływ. W przeszłości nigdy bym się o to nie podejrzewała. Tak zwany kuring nigdy mnie nie pociągał. Może to było związane z faktem mieszkania z rodzicami? A może z brakiem zdolności manualnych 😉 Gdy zamieszkałam na swoim jakoś tak samoistnie ta kuchnia mnie przyciągnęła. Bodźcem jest również fakt, że K. lubi domowe jedzenie, nigdy nie był studentem stołującym się w fastfoodach czy innych barach i tak zostało mu po dziś dzień.

Pichcenie na własną rękę ma moim zdaniem same plusy:

wiesz co jesz;

możesz dbać o kaloryczność posiłków i ich jakość;

oszczędzasz pieniądze;

poznajesz nowe smaki;

rozwijasz swoją kreatywność gdy okazuje się, że połowy produktów z przepisu nie ma w domu i trzeba je czymś zastąpić 😀

Tak to się zaczęło, dbanie o zdrowie i figurę było jednym z powodów dla których zdecydowałam się zaprzyjaźnić z kuchennym wyposażeniem.

W ciąży natomiast dzięki większej ilości czasu wolnego mogłam już dowoli szaleć przy blatach, patelniach i garnkach. Poza tym moim planem było kontrolowanie wagi, a przygotowywanie własnego jedzenia jest najlepszym sprzymierzeńcem w tego typu sytuacjach. Od razu chciałabym wytłumaczyć dlaczego ta waga była dla mnie taka ważna. Należę do osób, które nie mogą za bardzo sobie folgować jeśli chodzi o jedzonko. Dosyć szybko potrafię przybrać na wadze, ale w drugą stronę nie jest już tak łatwo. Nie raz miałam z tym problem, a folgowanie sobie w ciąży nie jest takie trudne. Z tego też powodu sporo się ruszałam, pilnowałam kaloryczności jedzenia, a co za tym szło wolałam sama przygotować sobie np. pizzę czy hamburgera niż go zamówić J Poza tym skoro chciałam szybko wrócić do biegania, a moim celem jest ukończenie półmaratonu w czerwcu to waga też musi być odpowiednia. I tak dzięki silnej woli wspomaganej przez ćwiczenia udało mi się przybrać tylko tyle ile założyłam na początku czyli 11kg (których już nie ma 😀 ).Tak samo jest z wymiarami. Przybrałam tam gdzie powinnam z racji ciąży czyli talia, brzuch i biust. Reszta pozostała nieruszona i aktualnie poza biustem 😉 wszystko wróciło do normy przed ciążowej.

Co takiego robiłam?

Po pierwsze kontrolowałam spożywane kalorie. Myślę też, że całkowite wyeliminowanie piwa i wina też się do tego przyczyniło.

Po drugie postawiłam na wzmożone spożycie owoców i warzyw. Eksperymentowałam z różnego rodzaju koktajlami czy sokami. W ruch poszły blender, sokowirówka i koktajler.

Po trzecie jeśli już mowa była o węglowodanach, starałam się aby to były pełnowartościowe węgle: razowe makarony, chleby żytnie na zakwasie, brązowy ryż, różne kasze czy soczewice lub ciecierzyce.

Po czwarte wolałam coś upiec niż usmażyć.

Po piąte jak już naszła mnie ochota na słodkości to wolałam sama je upiec niż kupić. A gdy nie miałam takiej możliwości i nie pozostawało mi nic innego jak sklep, starałam się znaleźć coś gdzie w parze szło zaspokojenie chęci na słodycze razem z aspektem zdrowotnym 😉

Po szóste eksperymentowałam ze śniadaniami. Ponieważ miałam rano więcej czasu mogłam pobawić się w śniadania na gorąco. Były to m.in. owsianki na ciepło, kasza jaglana z dodatkami, czy jajecznica. Samo śniadanie nie było nowością, nie potrafię nie zjeść tego posiłku. Nie ważne o której wstaję, w przeciągu pół godziny śniadanie musi być. Gdy z jakiegoś powodu (np. badania na czczo)nie mogłam go zjeść o stałej porze, to późnej cały dzień czułam głód.

Po siódme ponownie miałam szczęście : ) ponieważ ominęły mnie typowe akcje z zachciankami ciążowymi. Nie miałam takich sytuacji. Nie było dnia kiedy czułabym, że koniecznie muszę coś tam zjeść (np. frytki z Maca czy tabliczkę czekolady zagryzioną korniszonem 😛 ).

Myślę, że rozwaga w kuchni połączona z aktywnością fizyczną przyniosła efekty, które zaplanowałam. Teraz mogę z dumą spojrzeć w lustro i powiedzieć: I made it 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *