Jaglany detoks – moje wrażenia

Między 9-15 kwietnia postanowiłam zrobić sobie jaglany detoks. Przygotowania opisałam tu. Teraz czas na podsumowanie.

Moja pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy gdy ktoś się mnie pyta: I jak było? jest : Nic specjalnego. Szału nie ma. 

Po pierwsze, nie było to dla mnie trudne. Kasza jaglana nie jest mi obca, często gości na moim talerzu i to w postaci słodkiej jak i wytrawnej. Monotonni też nie było, ponieważ propozycji w książce jest dosyć dużo co nie pozwala się nudzić. Może dlatego też nie czułam tych wszystkich ubocznych skutków, o których inni pisali (np. bóle głowy, nudności). Jedyne co zauważyłam to zmęczenie ale o tym później.

Po drugie, niespożywanie mięsa i kawy też nie jest problemem, bo mięsa na co dzień nie jem, a kawę piję jedną dziennie, więc organizm szoku nie dostał. Może dlatego cudów też nie było? Ja po prostu bardzo podobnie jem poza detoksem, więc za bardzo nie było się z czego oczyszczać?!

Po trzecie, i to jest największy minus jak dla mnie, już drugiego dnia odczułam spadek energii. Zauważyłam to podczas treningu we wtorek, ale ponieważ był to bieg z synkiem w wózku to zrzuciłam winę na tą sytuację, a nie na dietę. Następne dni były jednak jeszcze gorsze. Po pracy nie byłam w stanie na żadne treningi (a nie był to ciężki miesiąc w pracy), co wcześniej nie było problemem. Sobotni poranny bieg był ciężki, a niedzielni był dramatem. 11:11km w 1:14 to czas żółwia. Miałam w planie zrobić 15km, ale chyba biegałabym 2h. Nie był to problem nawodnienia ani pogody. Tydzień później zrobiłam 15:83km w 1:44 przy nawet wyższej temperaturze i generalnie miałam siły na więcej.

Podsumowując, za mało kalorii dla mojego stylu życia. Może „Jaglany detoks dla biegaczy” byłby lepszą opcja. Poza tym nie odczułam żadnych pozytywnych ani negatywnych (poza spadkiem sił) efektów. Może nie miałam się z czego oczyszczać?

Książkę pożyczyłam koleżance i jestem ciekawa jej wrażeń i odczuć. Jej tryb życia i jedzenia jest zupełnie inny od mojego więc może będzie mieć inne wnioski. Ja jestem zadowolona, że postanowiłam i wytrwałam 😀

H2O Półmaraton – relacja

8 kwietnia o 9:00 stanęłam na starcie półmaratonu. Ukończyłam go w czasie 2:15:25. Z pięknym medalem wróciłam do domu. A co działo się w ciągu tych 2 godzin i 15 minut?

Nie jestem poranną biegaczką, a już na pewno nie na takie dystanse. Stresowałam się śniadaniem – czy zjem wystarczająco, czy nie za wcześnie (i będę głodna), czy nie za późno (i żołądek mi się zbuntuje). Wstałam przed budzikiem o 6:00. Jakieś pół godziny później zjadłam standardową owsiankę. Piłam wodę aby nie być odwodniona – to mój problem rano :/ O 7:30 byłam już w drodze po pakiet. Niby się nie stresowałam, a jednak coś tam w brzuchu czułam:)

Założenie biegu było : to tylko trening, ale fajnie by było pobiec go nie gorzej jak Sobótkę rok temu. Starałam nie zejść poniżej 6:20min/km.

Pierwsze 10km było całkiem dobre. Zrobiłam je w 1:01 co jest aktualnie u mnie normą. Spokojny biec bez zmęczenia, na luzie. 11 i 12km to była nierówna walka z wiatrem. Niemiłosiernie wiało w twarz, a z powrotem (była tam agrafka) nie chciało tak samo wiać w plecy. 13-15km jeszcze było OK. Nawet tempo wzrosło. Niestety od 16km to już była walka samej ze sobą. Stopy krzyczały: STOP a kolana im wtórowały. Jedyne co mnie napędzało to cytat z „Biegaj i jedz” Scotta Jurka: Dlaczego? Bo czasami trzeba. Trzeba było dobiec skoro się wystartowało. Żółwim tempem (dosłownie) doczłapałam się do mety.

Jaka ja byłam zmęczona. Marzyłam o ściągnięciu butów i skarpetek, ale wiedziałam, że nie założyłabym ich z powrotem :/ Mimo wody w plecaku, którą ciągle piłam, byłam bardzo spragniona. Cieszyłam się, że mimo chłodnego poranka zostałam w krótkim rękawie. A ten brak mocy? Nic dziwnego, skoro ostatni taki dystans zaliczyłam w październiku, a ostatnio biegałam max. 15km. Cieszę się jednak, że zmieściłam się w zamierzonym limicie i się nie poddałam.

Jaglany detoks czas start

Jutro biegnę połówkę we Wrocławiu – H2O Półmaraton. 2 edycja i tak się szczęśliwie złożyło, że jestem na miejscu i mogę w niej wziąć udział. W związku z tym moja wczorajsza i dzisiejszą dieta jest bardziej weglowodanowa. Dlatego też pomyślałam, że poniedziałek będzie dobrym momentem na rozpoczęcie JAGLANEGO DETOKSU !!!!

Pisałam o tej książce wcześniej. Udało mi się w końcu ogarnąć czasoprzestrzeń więc podejmę to tygodniowe wyzwanie.

Lista zakupów na posiłki poniedziałkowo-wtorkowe zrobiona (msze się tylko z nimi dziś wyrobić, bo jutro sklepy zamknięte :/ ).

Śniadania pierwsze i drugie, obiady i kolacje mam zaplanowane. Piąty posiłek, tzw. przekąskę , jeszcze muszę dopracować – myślę że to będzie jakoś owoc, warzywo, świeży sok lub koktajl zielony. Do tego dojdą woda i herbaty ziołowe.

Ciekawa jestem reakcji mojego organizmu na brak kawy :O Nie jest mi ona potrzebna do oburzenia, bardziej chodzi tu o jej dla i taki rytuał – kawusia dzienne musi być 🙂 Reszta nie jest jakąś nowością. Kasza jaglana w różnych postaciach gości u mnie dosyć często. Myślę że w tym przypadku większy wpływ na mnie będzie miała świadomość samego przedsięwzięcia typu detoks. Stawienie temu czoła i nie poddanie się może być ciekawym doświadczeniem samym w sobie.

Postanowiłam również, że będą codzienne relacje na FB @sportymum_kethryveris i Insta @sportymum_keth , tak więc zapraszam, a na koniec na pewno przygotuję podsumowanie.

STAY TUNED  !!!!

W marcu jak w garncu?? – podsumowanie miesiąca

Marzec zakończył się okresem przedświątecznym. Dzięki temu w sobotę udało się pobiegać dyszkę (w zacnym Żelkowym towarzystwie) i dzięki temu po 4 miesiącach udało się zamknąć miesiąc z wynikiem ponad 100 km 😀 Szału nie ma, ale światełko w tunelu jest. Biorąc pod uwagę to, że zaczęłam ten miesiąc na biegunie zimna, czyli mojej Syberii, przy -18 stopniach C i śniegu po łydki, to jest się z czego cieszyć.

Marzec w ogóle nie zachęcał do spędzania czasu poza ciepłym domkiem, ale charakter trzeba hartować. Zadowolona żegnam się z tym niewiosennym, ale przebieganym i poćwiczonym miesiącem, i czekam co przyniesie kwiecień.