2 lata treningów w roli mamy

21/01/2018 minęło 2 lata odkąd Żelek jest z nami. Przez te 2 lata wiele się wydarzyło biegowego jak i niebiegowego w moim życiu.

Pierwszy rok, to rok macierzyńskiego, który wydawał mi się bardzo zajmujący, i w trakcie którego wydawało mi się, że ciężko mi jest znaleźć czas i siły na trenowanie. Na szczęście dzięki wsparciu męża i rodziców, a nawet mojej prababci czy chrzestnej, czas ten się znajdował. Siły? Były. A jak nie było to i tak coś tam się znalazło 😛 Dzięki temu ze spokojem i lekkim krokiem zaliczyłam swój pierwszy półmaraton.

Początek drugiego roku przyniósł wymarzoną życiówkę na 10km w czasie 55:38.

Tak lekko i dobrze chyba nigdy wcześniej i później mi się nie biegło. Aga dziękuję za towarzystwo 🙂 Następnie był dramatyczny półmaraton Ślężański (relacja poniżej)

10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

po którym wiem, że bieganie to tak samo nogi jak i głowa. Na początku kwietnia był jeszcze promyk słońca w postaci półmaratonu H2O, a później to już tylko zjazd równią pochyłą zaliczyłam ;( Żelkowe nabieranie odporności w żłóbku dało się mi i K w kość. Przez pierwsze pół roku chorowaliśmy non stop. Tzn. my, bo Żelek dosyć łagodnie to przechodził 😛 DO tego mój powrót do pracy i stres z tym związany miał dosyć duży wpływ na moją psychikę. Na szczęście pomoc z wielu stron pozwoliła mi na poukładanie sobie świata na nowo czego dowodem jest wpis noworoczny.

Ta druga połowa roku już jawiła się w bardziej kolorowych barwach. Treningi były systematyczniejsze i dzięki temu głowa już tak nie świrowała.

Co wspominam z uśmiechem?? Między innymi nasze z Żelkiem wspólne treningi 😀 To do nich teraz tęsknię. To nad nimi się zastanawiam, kiedy już będziemy mogli do nich wrócić. Nie mogę doczekać się kiedy pogoda pozwoli na wspólne bieganie. I ciekawa jestem czy młody da radę jeszcze spokojnie posiedzieć? Czy tempo biegu będzie na tyle szybkie, aby było to dla niego ciekawe?

Pożyjemy zobaczymy. A tymczasem za mną jeden tort dla mojego alergika, i drugi przede mną. To dopiero wyzwania 😀

Podsumowanie stycznia … lepiej późno niż wcale :D

Niby styczeń miał 31 dni a jednak podsumowanie będzie króciutkie. Synek stwierdził, że to idealny miesiąc na siedzenie z mamusią w domu i się pochorował. Aby było ciekawie, zaraził mnie, tatusia swojego (chociaż akurat K ucierpiał najmniej), dziadka (tak, że bez dwóch antybiotyków się nie obeszło) i na koniec babcię 😉

Przez to moje treningi ograniczyły się do minimum. Udało mi się wyszarpać ok.53km biegu. Gdy katar pozwalał trochę pooddychać starałam się walczyć też z moją meduzą brzuszną 😛

W międzyczasie świętowaliśmy 2 rok życia Żelka (ale to będzie w innym wpisie). I tak moje „postanowienie” noworoczne aby nie planować, szybciej się spełniło niż bym pomyślała 😛

A luty? Jaki będzie? Pożyjemy zobaczymy. Na razie zaczął się sporą ilością nadgodzin co skutecznie blokuje moje bieganie w dni powszednie.