Bieg dla Poli – kilometry pomocy – relacja

19.08.2017 to pierwsze zawody po powrocie z Suwalszczyzny. Cel biegu: pomoc dla małej Poli. Trasa: 5km ścieżek leśnych w moim ukochanym lesie Osobowickim. Taktyka: totalny luz.

To wszystko spowodowało, że zdecydowałam się pobiec te zawody z Żelkiem w wózku.

Do tej pory biegaliśmy razem tylko indywidualnie, ponieważ zawsze obawiałam się humorów synka. Przebiegliśmy już trochę kilometrów razem, więc uznałam że się uda. Wszystko za tym przemawiało. Żelek wytrzymuje 6km bez zająknięcia, do godziny też daje radę. Godzina startu – 9:00 – to czas kiedy jeszcze nie jest bardzo zmęczony, ma jeszcze dobry humor po przespanej nocy. Ochłodzenie, które nadeszło idealnie służy bieganiu z wózkiem. Trasę znam jak własną kieszeń i wiem, że spokojnie można ją przebiec z wózkiem. Jedyne czego się obawiałam to deszcz i burze, który zapowiadali.

Na szczęście jak na zamówienie było idealnie. Pogoda wspaniała dla biegaczy. Przyjemny wiatr, rześkie powietrze, chmury na niebie. Żelek na początku był bardzo podekscytowany tą masą biegnących przed nami ludzi. Szybko jednak się przyzwyczaił i zajął się jedzeniem bułki 😉 Zaraz po starcie podłączyłam się do innej biegowo-wózkowej rodzinki, którzy byli na moje oko bardziej zaawansowani w tego typu bieganiu. Bardzo sprawnie torowali sobie drogę, więc skorzystałam z ich doświadczenia. Na trasie dołączyła do nas jeszcze jedna taka szalona para i tak dobiegliśmy do mety. Żelek ok.3km zasnął, co było zaskoczeniem 😉 i nie doczekał otrzymania medalu na mecie, ale na fotkę się załapał 🙂

Zawody nam się udały, mam nadzieję, że pogoda będzie nam sprzyjała i damy radę jeszcze kilka biegów pobiec w tandemie.

P.S. trochę statystki: open: 277 na 371, wśród kobiet: 120 na 167, w K30 53 na 83 😀

Królestwo podbiegów i jezior – Suwalszczyzna

Suwalszczyzna to kraina, która zaskakuje z każdą wizytą. Dla większości to Mazury, co jest dużym faux pas. Jeśli już to Podlasie (administracyjnie), ale tak naprawdę Suwalszczyzna to Suwalszczyzna i już, koniec kropka. Jest tak inna geograficznie, że tylko po jej poznaniu można to zrozumieć.

Przyjeżdżam tu od 2008 roku (o matko :O 9 lat już WOW), a biegam od 2013. Jak dotąd najlepsze trasy biegowe jakie znam. Nawet bieg brzegiem morza się nie umywa (choć bardzo to lubię). Widoki zapierające dech w piersiach, powietrze które czystością dodaje sił. Pogoda, która dla biegacza jest w 90% łaskawa, bo nawet jak grzeje słońce to wieje wiatr i daje wytchnienie. Te 10% nie łaskawości to zima z temperaturami poniżej -15 stopni 😛 Ale ile tu tej zimy jest (buhahaha :D).

Jest to raj dla miłośników podbiegów, ponieważ tu nie ma płaskich odcinków. Podbieg goni podbieg. Najciekawsze są te trasy gdzie zamiast zbiegu jest kolejny podbieg 🙂 Na początku je liczyłam, ale zawsze w okolicy 10-11 odpuszczałam, bo wiedziałam, że przy kolejnych -nastu czy -dziesięciu stracę rachubę 😛

Tu interwały nie wchodzą w grę (choć w Suwałkach jest nowiutka bieżna, może w końcu ją odwiedzą 😀 ). Długie wybiegania robią się jeszcze dłuższe, bo co i rusz trzeba się zatrzymywać i cykać fotkę kolejnemu pięknemu widokowi. A aparat jest jednym z ważniejszych akcesoriów biegowych.

Po biegu można skorzystać z ochłodzenia się w jednym z tysiąca okolicznych jezior. Są tu i te płytsze=cieplejsze, i te głębokie=chłodniejsze W okresach jesienno-zimowych można do regeneracyjnych rytuałów dorzucić saunę i kąpiel w przerębli. Osobiście nie przepadam, ale dużo osób sobie to chwali.

Podsumowują, aktywny wypoczynek w każdą porę roku tylko na Suwalszczyźnie.

Wegetarianizm – moje początki

„Ja poproszę jajko sadzone.”

„Ale przecież jest kurczak.”

„Nie jem mięsa.”

Taka sytuacja. Długo do niej zmierzałam, aż w końcu podjęłam decyzję. Co mnie skłoniło? Co mnie wstrzymywało? Jak mi idzie? Na te trzy pytania postaram się odpowiedzieć w tym poście.

Od zawsze z mięsem nie było mi po drodze. I nie chodzi tu o te biedne oczka cielaczka czy puchatego króliczka. Mi po prostu mięso nie smakuje. Jeszcze drób jako tako dawał radę. Ostatnio jednak i to mi nie podchodziło. Na samą myśl o zjedzeniu dania z mięsem robiło mi się źle. W związku z tym podjęłam decyzję i odstawiłam je kompletnie. Zostałam przy rybach i nabiale, weganizm to nie dla mnie. Do tego dochodzą też ewentualnie zupy. Jeśli już jakieś gotuje na mięsie to jest to najczęściej wersja wspólna dla mnie i Żelka na filecie bądź polędwicy z indyka. Młody dostaje misz masz ze wszystkiego, a ja sobie mięsne kawałki wyławiam. Gotowanie trzech różnych dań nie wchodzi w grę 🙂

Skoro zawsze miałam problem z mięsem to czemu tyle czasu mi to zajęło? Z lenistwa i braku czasu. W ciąży szło mi dużo lepiej, ponieważ miałam czas na gotowanie i eksperymentowanie. Nie jestem mistrzem gotowania. Zajmuje mi to sporo czasu, a wtedy go miałam. Po porodzie a następnie po powrocie do pracy wydawało mi się, że ogólnodostępność mięsa pozwoli mi zyskać tych kilka chwil więcej czasu wolnego. Może i tak, ale moje samopoczucie wcale do najlepszych nie należało. I tak decyzja została podjęta.

Jak mi idzie? Cały lipiec dałam radę 😉 Pierwszą połowę sierpnia spędziłam w królestwie mięsiwa wszelakiego i ziemniaka. I też nie było źle 😛 A co jem? Śniadania nie uległy zmianie: do musli mięsa nie potrzeba 🙂

a jajecznicy wspólnej jeszcze nie robiłam (jedynie sobie). Obiady to różnego rodzaje jednogarnkowe, dania warzywne z kaszami i strączkami

Kolacje to lekkie sałatki, lub po prostu pomidory z mozarellą 🙂

Do tego poszukuję past na chleb i do maczania np. marchewek. Próbuję nowych koktajli oraz zawsze nieśmiertelnych serów wiejskich.

Czeka mnie teraz spotkanie z dietetyczką aby zweryfikowała czy aby na pewno proporcjonalność składników jakie jem jest ok. Wtedy będzie mi jeszcze łatwiej, tak mi się wydaje. Na razie, wnioskując po samopoczuciu, nie jest źle, więc idę tym tropem.

Kolejne relacje na pewno będą, razem z ciekawymi przepisami.

Bieg Wśród Krasnych Pól – relacja

Bieg wśród Krasnych Pól miał w ostatnią niedzielę (6.08.2017) swoją trzecią edycję. Nie brałam udziału w poprzednich dwóch, ale słyszałam zachwyty innych biegaczy więc nie miałam innego wyjścia jak spróbować tam swoich sił. Termin idealnie zgrał się ze środkiem mojego urlopu na Suwalszczyźnie. Już trochę nogi rozbiegałam po okolicznych górkach i pagórkach, dzięki czemu mojego nogi nie przeżyły szoku 😉

Start był o 14:30. Z jednej strony godzina dobra, bo ja nie lubię biegać z samego rana (zawsze mam wtedy problem z jedzeniem i nawodnieniem), z drugiej trzeba uważać co się je na obiad żeby nie przedobrzyć :/ No i ta temperatura. Niby biegun zimna, niby już chłodne noce, i niby poranek nie zapowiadał gorąca, a tu jednak taka niespodzianka 🙂 Grzało nieźle, dobrze że  na trasie wiało, choć i to było momentami za dużo 😀 W sumie można podsumować bieg słowami: grzało, wiało i podbiegów sporo, ale było super 😀

Odbiór pakietów sprawny, transport na miejsce startu bezproblemowy. Lekkie zdziwienie to modlitwa przed startem, ale klękać nie klękano więc niemodlący się nie rzucali się w oczy 😉

Pierwsze chyba 4km biegło się drogą asfaltową. Czułam przypływ energii i sił, ale starałam się trzymać je na wodze, żeby za szybko nie odpaść. Teraz myślę, że mogłam właśnie wtedy nadgonić, bo kolejne kilometry prowadziły po terenie, po którym nie bardzo dało się prędkości rozwinąć. Nauka na przyszłość. Pozostałe kilometry to już tylko drogi piaskowe, ścieżki polne i leśne a także udeptana trawa przez szczere pole. Dopiero ostatnie 500m biegło się przez Krasnopol.  Nie ukrywam, że przez chwilę myślałam, że GPS źle pokazuje dystans, bo jak to już prawie koniec a tu cały czas pola 😀 Widoki cudne, może uda się pobiec po prostu dla samych widoków i robienia zdjęć 🙂

Trasa super oznakowana (zdjęcie tytułowe) co mnie ucieszyło, bo nie ukrywam, że troszkę się obawiałam czy się nie pogubię (taka zdolna jestem 😛 ). Sporo punktów z wodą i nawet jeden z, chyba, bananami. Rzadkość jak na taki (krótki) dystans 🙂

Na mecie soczewiaki, kiszka, babka ziemniaczana, sękacz i inne przysmaki lokalne. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie i spokojnie uzupełnić spalone kalorie.

Bieg wygrał, oczywiście, Bartek Olszewski (vel. warszawskibiegacz). Wielki szacunek za taki czas w takim upale na takiej trasie 🙂 Ja spotkałam i zamieniłam kilka miłych słów Kasią Gorlo (vel. RunTheWorld) oraz z kolegą z pracy, który okazało się pochodzi z Augustowa (jaki ten świat mały).

Na mecie miłe wiwaty kibiców w osobach teściów. Bardzo miłe kibicowanie przez mojego K. co to mimo zarzekania się, że nie, nie będzie jeździł na zawody to jednak czasami mu się zdarza 😀 No i najwspanialszy kibic na świecie, który jak już mnie zobaczył to nie chciał puścić – mój cudny, kochaniutki, słodziutki Żelek.

Bieg super, polecam wszystkim, którzy chcą pobiegać w pięknych okolicznościach przyrody a przy okazji zażyć trochę rywalizacji 😉

Jak się nadarzy okazja to wezmę w nim udział jeszcze nie raz !!

P.S. trochę statystki: czas 1:19:18, w open na 118 osób byłam 100, a wśród 32 kobiet 23 😀

Bieganie z Lidlem

Lidl słynie ze swoich promocji 😉 Rano, w dzień wystawienia towaru należy ustawić się odpowiednio wcześniej od otwarcia sklepu i rzucić się na rozchylające się drzwi. Praca łokciami jest niezbędna aby dostać się do koszy z dobrem doczesnym i móc zagarnąć towar w ilości nieznanej ale jakże wyczekanej. Z tego też prostego powodu nigdy nie kupowałam tam nic poza jedzeniem, ponieważ wtedy gdy ja się tam pojawiałam nic już nie było do wybrania. Coś się chyba jednak zmieniło, ponieważ pewnego razu udało mi się znaleźć spodenki do biegania i plecak do camelbecka (a może po prostu asortyment nie ten :P). Niepewna jakości (choć sporo osób sobie chwali ichnie produkty przemysłowe) zakupiłam je z myślą, że przecież zawsze istnieje możliwość oddania.

Na pierwszy bieg w spodenkach wybrałam trening z Żelkiem w wózku. Jest on krótszy i mniej intensywny, więc gdyby jednak się nie sprawdziły i mnie obtarły to powrót byłby szybszy i łatwiejszy 😉 Mam masywne uda i niestety w typowych krótkich spodenkach w okresie letnim zawsze w tych newralgicznych miejscach się poobcieram :/ Ponieważ nie da się przebiec całego lata w leginsach ¾, a w takich do kolana wyglądam tragicznie to szukałam spodenek, które mają wstawione legginsy ciut dłuższe i chroniące od obtarć. Cenowo nawet wersja Kalenji zniechęcała mnie do kupna dlatego gdy zobaczyłam te oto w Lidlu za cenę 24.99zl stwierdziłam że raz się żyje;) można zaszaleć. Spodenki są z fajnego technicznego materiału. Mają wewnątrz małą kieszonkę w której drobne rzecz się zmieści i nie wypadnie (zazwyczaj klucz albo jakiś drobny pieniądz tam mam). Są w fajnym pomarańczowym kolorze, ale czy były w innym nie mam pojęcia;) tylko te zostały. Biega się w nich dobrze, podspodenki sprawdzają się w swojej roli, choć gdy biegłam w mega ukropie to lekko coś tam nie zagrało i lekki dyskomfort był. Nie jest to nic dziwnego bo przy takim skwarze to i tak niewiele się stało 😛 Przypadły mi do gustu na tyle, że jak trafiłam przypadkiem na drugą para to od razu ją wzięłam.

Plecak musiał chwilę poczekać bo musiała kupić do niego camelbacka. Przyszło mi go wypróbować pewniej ciepłej ale i parnej niedzieli. Pora idealna, bo i sprawdziłam jak się biega i pije oraz mogłam zweryfikować ewentualne niedogodności związane z bieganiem z plecakiem. Za mną już kilka biegów z nim i jestem zadowolona. Plecak nie uwiera, nie ociera, nie przesuwa się w trakcie biegu. Tak jak ścisnę szelki tak się trzymają przez cały bieg. Samo picie z camelbacka też jest wygodne. Nic mi nie zajmuje ręki. Nie ma już pasa który by się przekręcał czy rozluźniał. Samo picie też jest inne niż z bidonu. Pije się mniejszymi łykami wiec myślę że szanse na kolki też są mniejsze 😉
Podsumowując: jestem zadowolona z zakupu tych dwóch rzeczy. I cena i jakość są dla mnie odpowiednie. Jeśli tylko będzie mi dane coś jeszcze ich produktów tego typu kupić na pewno się nie zawaham. Poza tym zawsze można oddać;)

Lipiec zakończony z przytupem ;)

Lipiec za nami. Kilometry wybiegane. Tendencję zwyżkową można zaobserwować w tym moim kilometrażu choć to dalej nie jest to co rok temu.

Widać i mój powrót do pracy, i żłobek Żelka (to głównie w chorobach naszych i jego). Nie ma jednak co narzekać tylko pracować nad sobą dalej i szukać usprawnień na lepsze jutro.

Pomysł już się zrodził w tej mojej kręconej głowie 😉 Do połówki w Łodzi trenuję sobie na luziku, skupiając się głównie na budowaniu wytrzymałości nadszarpniętej przez choroby. Później postaram się jak najwięcej biegać z Żelkiem i nie ograniczać się tylko do treningów, ale i postartować trochę jeśli będzie nam dane 😉 To zależy od dwóch czynników: samego pasażera – jego cierpliwość i chęć wysiedzenia w wózku; oraz od pogody – mi tam może deszcz zacinać w twarz, a wiatr wdzierać się pod kurtkę, małemu jednak takich „atrakcji” nie zamierzam fundować 😉 Na szczęście w nadchodzącym jesienno-zimowym okresie biegi ograniczają się do 5-10km więc Żelek tyle daje radę wysiedzieć 😉 Gorzej z pogodą, ale bądźmy dobrej myśli 😀

Przede mną jeszcze 10 dni biegania po Suwalskich ścieżkach 😀 W związku z tym myślę, że sierpień dalej będzie w tendencji zwyżkowej 😉