Jak cię widzą inni

„Ale nie biegasz?” „Nie biegasz już, prawda?”, „Jeszcze biegasz?”, „Biegasz? Po co?”. To najczęściej pojawiające się pytania, które padają podczas ciąży. To tak jakby zajście w ciążę całkowicie wyłączało cię z dotychczasowego życia. I to nie jest troska o zdrowie, bo te pytania padają od osób, które wiedzą że czuję się dobrze. To tak jakby bieganie w ciąży było odbierane za egoistyczną fanaberię. Robisz to tylko dla siebie, a maluszek cię nie obchodzi.

Niestety to jest jakaś taka przywara społeczeństwa, że kobieta w ciąży przestaje być indywidualnym bytem, jednostką, a staje się postrzegana jako własność ogółu. Większość ludzi uzurpuje sobie prawo do głośnego wyrażania zdania na temat jej poczynań. Gdyby nie była w ciąży nikt by na to nie wpadł, ale przecież nosi w sobie kolejnego członka społeczeństwa, więc czują się usprawiedliwieni. Je to a nie tamto, pije to a nie coś innego. Na pewno o siebie nie dba. Po co się tak męczy itd, itp. A najciekawsze jest to, że są to często osoby jej obce. I to dotykanie/próby dotykania brzucha. Aż ciśnie się na usta: ODWAL SIĘ!!

I tu pojawia się drugi problem naszego wychowania: nieumiejętność przeciwstawienia się takim sytuacjom. Zazwyczaj wzruszamy ramionami, puszczamy mimo uszu kolejną „złotą poradkę”, czy wzdrygamy się …wewnętrznie na obcy dotyk. Tak nie powinno być, więc jeśli chcemy aby takie zachowania nie miały miejsca, to po prostu musimy reagować. Jak? To już jest w indywidualnej gesti każdej osoby. Myślę jednak, że brak reakcji jest najgorszym wyjściem. Tak więc dziewczyny reagujcie, sprzeciwiajcie się jeśli coś wam nie odpowiada. To wasze życie, wasze ciała i wasza ciąża. Nikogo innego 😀

Druga ciąża na sportowo

Wiedziałam już, że sport w ciąży to nie problem. Z tego tez powodu nie planowałam przerwy na 1-szy trymestr jeśli wszystko będzie dobrze. Dopóki nie wiedziałam, że jestem w ciąży było super! Wszystko dzięki lekom na alergię 😉 Niestety jak już byłam świadoma swojego stanu, musiałam je odstawić i skończyło się szaleństwo :/

Alergia bardzo się nasiliła, katar nie odpuszczał. Każde wyjście do parku czy lasu gdzie zalegały zbutwiałe liście i było dużo wilgoci kończyło się utrudnionym oddychaniem wieczorami. Do tego grzyby i pleśnie w klimatyzowanej pracy również nie ułatwiały życia. To wszystko wyłączyło mnie z biegania. Jedyne co mi pozostało to ćwiczenia w zaciszu domowym. Skorzystałam z zajęć indywidualnych u Ewy Grajewskiej https://www.facebook.com/BuggyGymEwaGrajewskaTreningMAM/?epa=SEARCH_BOX i bardzo chciałam jej rady wdrożyć w domu. Niestety i to nie było mi dane :/ Alergia i ciągły katar tak osłabiły moją odporność, że przyplątała mi się grypa. Nie było by problemu gdyby to była zwykła grypa. Ja jednak złapałam świńską grypę, przez co wylądowałam w szpitalu na całe 7 dni.

Stres i choroba dały mi w kość dlatego też rekonwalescencja wymagała czasu. Musiałam odpuścić na każdej płaszczyźnie, a co najważniejsze uzbroić się w cierpliwość. Nie było to łatwe, bo z zasady nie lubię odpuszczać i ciężko mi naginać wcześniej ustalone założenia. Ale uczę się tego już od ponad 3 lat 😛 i wydaje mi się, że idzie mi to coraz lepiej 😉

Aktualnie jest już nieźle. Powoli wracam do aktywności fizycznej. Natężenie jest minimalne, a jeśli czuję osłabienie od razu odpuszczam. To nie jest czas na bicie rekordów. To jest czas na spokojne obserwowanie jak rośnie we mnie nowe życie i dbanie aby rosło w zdrowej i spokojnej atmosferze.

Zapraszam więc na śledzenie mojej spokojnej, ale zdrowej i aktywnej ciąży 😀

Jaroszka, wegetarianka, weganka

Taka to ja właśnie jestem. Mięsa nie lubię i nie jem. Wyjątkiem są ryby i jajka. Z nabiału zostały mi żółte sery i sery typu feta, wszystko inne mi nie służy. Mleko doję z owsa lub migdałów 😛 W takim to momencie żywieniowym zastała mnie ciąża.

Zatrzymałam się, wsłuchałam się w siebie (czyt. przypomniałam sobie mięsne dania z pierwszej ciąży) i podjęłam decyzję: nie wracam do jedzenia mięsa na okres ciąży. Nie dam rady. Posprawdzałam co piszą wiarygodne źródła na ten temat i utwierdziłam się w swojej decyzji. Chciałam tylko porozmawiać z kimś na ten temat. Chciałam aby ktoś przyjrzał się mojemu jadłospisowi i sprawdził czy jest tam wszystko co ważne, czy nie trzeba czegoś dorzucić, zwiększyć/zmniejszyć. O pomoc poprosiłam Marię Pabich autorkę strony „Jak zdrowo żyć” , promuje dietę roślinną, uprawia dużo sportów i jest mamą. Uważam, że jest idealną osobę do poinstruowania kobiety w ciąży.

Po zapoznaniu się z moim tygodniowym jadłospisem przygotowała mi wytyczne, które staram się wdrożyć w swoją dietę. Ogólnie jest OK, czasami tylko czegoś nie ogarnę ale to jest do przewidzenia. Początek roku jest szalony. Trzeba tylko znaleźć metodę w tym szaleństwie 😀

Maska antysmogowa a bieganie

Pod koniec zeszłego sezonu grzewczego postanowiłam, że w nowym zaopatrzę się w maskę antysmogową. Uczucie, że mam język w smole po bieganiu nie należał do najprzyjemniejszych i nie chciałam tego więcej doświadczać. Poczytałam, posprawdzałam i stwierdziłam, że wolę zainwestować w maskę jednorazową na cały sezon, niż wymieniać co i rusz filtry. Moim zdaniem maska jednosezonowa jest lepsza, ponieważ nie muszę się zastanawiać czy już filtr jest do wymiany czy jeszcze nie. Problem techniczny przy zakładniu go również odpada. Jeśli chodzi o cenę, to tego typu maski w takich przedziałach cenowych są więc tu jakby nie było nad czym debatować. Zostało mi tylko zmierzyć się i wybrać wzorek 🙂 Padło na nadruk z pandami 🙂 Myślę, że jak już mam w tym biegać po ulicach i wzbudzać powszechne zainteresowanie to ułatwię innym sprawę i będę się jeszcze bardziej rzucała w oczy 😀

Mam już za sobą dwa biegi. Każdy z nich to ok. 10km (plus minus). Wszystkie przy temperaturach w okolicy 0-5 stopni. Jak wrażenia? Generalnie jestem mile zaskoczona. Spodziewałam się, że będę ledwo dychać, że nawet spokojny bieg zamieni się w walkę o oddech. Na szczęście się pomyliłam. Oba biegi wspominam dobrze. Tętno było może ciut wyższe niż gdybym biegła bez maski, ale nie czułam dyskomfortu. Mimo wszystko interwałów czy innych wymagających jednostek treningowych bym w niej nie robiła. W takich sytuacjach stawiam na bieżnię na siłowni.  Owszem samo uczucie maski na twarzy nie jest wspaniałe 😉 Dziwnie mi szczególnie na grzbiecie nosa. W tym miejscu jest blaszka które dopasowuje się do nosa i do niego przylega. Dziwne wrażenie z tego powodu, no ale nikt nie mówił, że będzie idealnie. Największy minus to skraplanie się wewnątrz maski. Mimo posiadania zaworu odprowadzającego wilgoć przy takim wysiłku jest to nieprzyjemne. Wiem jednak, że jest to generalnie problem tego typu masek więc na to chyba nie ma rady :/ Do tego jak ktoś ma katar to on niestety spływa intensywnie i trzeba by co jakiś czas odsuwać maskę aby się wycierać, a to trochę nie ma sensu.

Podsumowując, myślę, że warto zainwestować w tego typu rzecz biorąc pod uwagę co dzieję się za oknem. Jak na razie przyszłość nie zapowiada się z czystym powietrzem więc myślę, że jeśli można choć trochę zminimalizować  skutki uboczne to trzeba z tego skorzystać. Ja kupiłam maskę Cambridge.

Ja polecam ale każdy myślę musi sam do tego dojrzeć 😉

 

 

 

Listopadowe nowe rozdanie

Piękny, słoneczny, skąpany w kolorach jesieni listopad mamy. Temperatury zachęcają do spędzania czasu na zewnątrz. Cienkie legginsy i krótkie rękawki biegaczy nie dają się odłożyć w głąb szafy. Jest cudnie. A ja???? A ja patrzę na to wszystko przez okno i wzdycham. Wzdycham, bo wpadam z jednej choroby w drugą. Ciągnie mi się choróbsko już czwarty tydzień. Pod koniec października wirus nie odpuszczał i uziemnił mnie na 1,5 tygodnia w domu (w końcu 😉 ). Z pierwszymi dniami listopada poczułam się tak dobrze, że aż 3/11 zapłaciłam wpisowe na Bieg Niepodległości z Wąsem. Plan był pobiec go, jak w zeszłym roku, z Żelkiem. Niestety plany planami a życie życiem :/ W niedzielę, a właściwie już w sobotni wieczór dopadła mnie angina. Dałam radę pracować do środy, ale już od czwartku odpuściłam i z antybiotykiem, i razem z K. (on też z anginą) wylądowaliśmy w domu na L4 🙂 Na szczęście leki szybko zadziałały i już jest dobrze (mam nadzieję :P). Wracam do pracy i mam nadzieję do regularności treningowej.

Można by pomyśleć, że kiepsko tak chorować i nic nie robić. Dla mnie to jednak był mimo wszystko owocny okres. Do tej pory chorowanie wywoływało we mnie złość. Buntowałam się i szłam biegać mimo rozsądkowi. Tym razem zrobiłam inaczej. Odpuściłam, przeczekałam. Myślę, że mój organizm tego potrzebował, zbuntował się i chorobą mi to zakomunikował. Dzięki tym kilkunastu dniom nicnierobienia troszkę sobie pomyślałam i poukładałam (znowu) w głowie. Plan jest na poukładanie treningu – szczególnie, że przede mną ostatnie spotkanie z treneiro i będę musiała sama się pilnować. Poza tym wdrożenie zbilansowanego żywienia, w którym nadal szukam jak najlepszej drogi. Plan jest a szczegóły w następnych wpisach. Stay tuned !!

„Jedz i biegaj” Scott Jurek – co na kartach piszczy

Lubię czytać, jestem fanką książek. Bardzo lubię nurzać się w klimatach postapokaliptycznych. Czasami sięgam po jakiś kryminał czy thriller. Rzadko natomiast sięgam po książki „biograficzne”, opisujące żucie autentycznych osób. Nie kręcą mnie po prostu. A tu na ostatnie urodziny sprezentowano mi książkę wegańskiego ultramaratończyka Scotta Jurka. Nie pozostało mi nic innego jak ją przeczytać.

Książka jest napisana ciekawie. Każdy rozdział to opis jednego biegu, bądź istotnego wydarzenia z jego życia, które miało na niego ogromny wpływ. Dzięki tej książce poznajemy narodziny jednego z najbardziej utytułowanych amerykańskich ultramaratończyków. Czujemy słony smak porażki, strach oraz zmęczenie. Doświadczamy łez szczęścia gdy Scott kolejny raz zwycięsko przekracza linię mety. Poznajemy biegacza, który po morderczych biegach siedzi na mecie i wta każdego, nawet ostatniego zawodnika.

Poza relacjami z zawodów, każdy rozdział kończy się krótką życiową poradą dotyczącą biegania oraz przepisem kulinarnym.

Trzeba zaznaczyć, że Scott jest ultramaratończykiem pokonującym dystanse ponad 200 kilometrowe stosując dietę tylko i wyłącznie wegańską (i dlatego też chyba dostałam tą książkę 😛 ). Był typowym mięsożercą uwielbiającym grille i fast foody. Poznając jednak coraz lepiej swoje ciało, zauważył że taki sposób żywienia mu nie służy. Krok po kroku stawał się najpierw wegetarianinem a z czasem weganinem. Na koniec każdego rozdziału zapoznaje nas z potrawami swojego autorstwa. Można je nawet spożywać w trakcie biegów (choć na krótsze dystanse myślę jednak, że się nie nadadzą 😉 ) Są nieskomplikowane, szybkie w przygotowaniu. CO dla mnie również istotne to to, że podane jest przez jaki czas potrawa może być przechowywana w lodówce czy zamrażarce. Ilość porcji też jest konkretna, dzięki czemu nie trzeba co drugi dzień stać w kuchni.Na pewno będę z nich często korzystać.

Podsumowując, sama nie kupiłabym sobie tej książki, ale na szczęście od czego ma się przyjaciół, którzy dobrze mnie znają 😉 Jedna z ciekawszych pozycji non-fiction. Polecam wszystkim, którzy lubią bieganie i/lub gotowanie. Myślę, że warto.

2 lata treningów w roli mamy

21/01/2018 minęło 2 lata odkąd Żelek jest z nami. Przez te 2 lata wiele się wydarzyło biegowego jak i niebiegowego w moim życiu.

Pierwszy rok, to rok macierzyńskiego, który wydawał mi się bardzo zajmujący, i w trakcie którego wydawało mi się, że ciężko mi jest znaleźć czas i siły na trenowanie. Na szczęście dzięki wsparciu męża i rodziców, a nawet mojej prababci czy chrzestnej, czas ten się znajdował. Siły? Były. A jak nie było to i tak coś tam się znalazło 😛 Dzięki temu ze spokojem i lekkim krokiem zaliczyłam swój pierwszy półmaraton.

Początek drugiego roku przyniósł wymarzoną życiówkę na 10km w czasie 55:38.

Tak lekko i dobrze chyba nigdy wcześniej i później mi się nie biegło. Aga dziękuję za towarzystwo 🙂 Następnie był dramatyczny półmaraton Ślężański (relacja poniżej)

10 Panas Półmaraton Ślężański – relacja

po którym wiem, że bieganie to tak samo nogi jak i głowa. Na początku kwietnia był jeszcze promyk słońca w postaci półmaratonu H2O, a później to już tylko zjazd równią pochyłą zaliczyłam ;( Żelkowe nabieranie odporności w żłóbku dało się mi i K w kość. Przez pierwsze pół roku chorowaliśmy non stop. Tzn. my, bo Żelek dosyć łagodnie to przechodził 😛 DO tego mój powrót do pracy i stres z tym związany miał dosyć duży wpływ na moją psychikę. Na szczęście pomoc z wielu stron pozwoliła mi na poukładanie sobie świata na nowo czego dowodem jest wpis noworoczny.

Ta druga połowa roku już jawiła się w bardziej kolorowych barwach. Treningi były systematyczniejsze i dzięki temu głowa już tak nie świrowała.

Co wspominam z uśmiechem?? Między innymi nasze z Żelkiem wspólne treningi 😀 To do nich teraz tęsknię. To nad nimi się zastanawiam, kiedy już będziemy mogli do nich wrócić. Nie mogę doczekać się kiedy pogoda pozwoli na wspólne bieganie. I ciekawa jestem czy młody da radę jeszcze spokojnie posiedzieć? Czy tempo biegu będzie na tyle szybkie, aby było to dla niego ciekawe?

Pożyjemy zobaczymy. A tymczasem za mną jeden tort dla mojego alergika, i drugi przede mną. To dopiero wyzwania 😀

Podsumowanie stycznia … lepiej późno niż wcale :D

Niby styczeń miał 31 dni a jednak podsumowanie będzie króciutkie. Synek stwierdził, że to idealny miesiąc na siedzenie z mamusią w domu i się pochorował. Aby było ciekawie, zaraził mnie, tatusia swojego (chociaż akurat K ucierpiał najmniej), dziadka (tak, że bez dwóch antybiotyków się nie obeszło) i na koniec babcię 😉

Przez to moje treningi ograniczyły się do minimum. Udało mi się wyszarpać ok.53km biegu. Gdy katar pozwalał trochę pooddychać starałam się walczyć też z moją meduzą brzuszną 😛

W międzyczasie świętowaliśmy 2 rok życia Żelka (ale to będzie w innym wpisie). I tak moje „postanowienie” noworoczne aby nie planować, szybciej się spełniło niż bym pomyślała 😛

A luty? Jaki będzie? Pożyjemy zobaczymy. Na razie zaczął się sporą ilością nadgodzin co skutecznie blokuje moje bieganie w dni powszednie.

Kindle Paperwhite 3 – sprawdzilo się u mnie czy nie?

27 kwietnia uległam namowom i opiniom, i poddałam się duchowi czasu. Zakupiłam czytnik do e-booków. Zrobiłam pierwszy krok do zdrady papieru i musze przyznać z uczuciem wstydu, że niestety na jednym skoku w bok się nie skończyło. Bedzie to chyba stały związek.

Ale od początku.

Z czym do ludzi? Z Kindle paperwhite 3. Po zapoznaniu się z opiniami innych użytkowników, decyzja padła na ten nietani sprzęt, ale jak już zdradzać to ekskluzywnie ;D Nigdy wcześniej nie miałam styczności z czytnikami do e-booków, a e-booki czytałam (sporadycznie) na komputerze czy w telefonie. Nie podobało mi się to, za każdym razem miałam uczucie zmęczonych oczu. Dlatego też z wielką obawą podchodziłam do Kindle’a, bo nie ukrywajmy za taką kasę szkoda by było się rozczarować. Miłe zaskoczenie: dzięki wbudowanemu podświetleniu ekranu można czytać nawet w kompletnej ciemności, a kolor stron w ciepłym, żółtym jak papier kolorze nie razi w oczy. Do tego znawcy tematu dorzucają zalety nowego rodzaju czcionki, większej rozdzielczości ekranu oraz fakt, że światlo sie na nim nie odbija. Na tym sie nie znam, ale ogólnie mogę powiedzieć, że naprawdę czytanie z tego czytnika jest przyjemne dla oczu.

Tak jak lubie trzymać książkę w ręce i czuć pod palcami fakturę papieru, tak często okzywało się, że w trakcie czytania dodatkowo zaliczałam ćwiczenie mięśni rąk z obciążeniem 😉 W domu, na kanapie czy w wygodnym łóżeczku nie było to dla mnie jakoś bardzo problematyczne. W innych sytuacjach jednak okazywalo się, że to jest już minusem, który niestety skutecznie potrafił mnie zniechęcić do czytania. Nie miałam jeszcze możliwości użycia go na spacerze pchając wózek, ale myślę, że komfort w takiej sytuacji będzie nieporównywalny. Do tego na jakiekolwiek wyjazdy odpada nam problem z wagą bagażu. Możesz zabrać sporo książek, nie martwiąc się o nadbagaż 😀

Poza czysto technicznymi aspektami, to co popchnęło mnie do kupna czytnika to prawie nieograniczony wybór książek. Nie trzeba polegać na asortymencie księgarń czy bibliotek, zarówno jeśli mówimy o pozycjach w języku polskim jak i obcym. To samo tyczy się prasy. Kilka kliknięć palcem i masz u siebie to co chcesz 😉

Czy to znaczy, że całkowicie zarzucę czytanie tradycyjnych książek? Oczywiście, że nie. Nie ma takiej opcji, nic nie zastąpi tej relaksującej przyjemności trzymania papieru w ręce. Bedzie to jednak przyjemność, na którą z czystym sumieniem będę mogła poświęcić więcej czasu. I tylko dla wybranych, cenionych przeze mnie pozycji 🙂

Zakochaj się w bieganiu! by Anna Szczypczyńska – moja mała recenzja

Mól książkowy to ja 🙂 Książki uwielbiam od małego. Zawsze staram się mieć jakąś pod ręką i czytać choć kilka stron codziennie. Teraz jest to troszkę utrudnione, bo dziecko, bo praca, bo dom, bo bieganie, bo padam na pysk 😉 ale jakoś trzeba sobie radzić. Czytam głównie książki z gatunku fantasy i to one sprawiają mi największą przyjemność i zapewniają najlepszy relaks. Zdarza mi się jednak czasami sięgnąć po coś innego. I takim „czymś innym” jest właśnie książka, o której dziś napiszę.

„Zakochaj się w bieganiu” napisana przez Anie Szczypczyńską autorkę bloga „Panna Anna Biega” jest można by powiedzieć kolejną książką-poradnikiem o bieganiu i innych aspektach z tym związanych. Osobiście nie jestem przekonana do poradników, rady w nich zawarte są dla mnie często za oczywiste, albo zupełnie niepasujące do mojego stylu życia czy myślenia. Z racji jednak znajomości z autorką nie mogłam sobie odmówić tego zakupu. Tak, tak. Ja tak mam, że jak kogoś lubię jako osobę to jestem w stanie skusić się na rzeczy, które do końca do mnie nie przemawiają 😉 I jak do tej pory nie rozczarowałam się ani razu 🙂

„Zakochaj się w bieganiu” podzielona jest na 5 działów. Na początku Panna Anna pomaga początkującym biegaczkom uporać się z typowymi wymówkami odwlekającymi rozpoczęcie biegania. Na początku chciałam pominąć ten rozdział bo to przecież już poza mną, ja sie się już „zakochałam”. Nie mogłaby jednak napisać uczciwie o książce nie czytając jej całej 😉 I co? I zyskałam bardzo fajny pomysł co zrobić z pękiem kluczy. Po prostu dorobić ten który otwiera drzwi. Nawet jak się zgubi (a ciągłe odczepianie przed i doczepianie po treningu może do tego doprowadzić) to ten główny zawsze z nami będzie 😉

W kolejnym rozdziale dowiadujemy się jak z rozwaga zacząć tą naszą przygodę w bieganiem. Owszem, marszobiegi już poza mną, plany treningowe znam, wiem gdzie ich szukać i jak je czytać. Znam nawet siebie już na tyle dobrze, że umiem sama sobie coś tam indywidualnie sklecić. Pojawia się więc pytanie: co mogę się w takim razie nowego dowiedzieć? Ja osobiście znalazłam tu nowe pomysły na rozciąganie po biegu (a tego dla mnie nigdy za wiele) i na bardzo fajny trening uzupełniający w parku 😀 Musze go któregoś razu przy pięknej pogodzie wypróbować 😉

Mój ulubiony rozdział: dieta 😀 czyt. pomysły na potrawy. Nie jestem masterchefem i ciężko mi wyczarować cos fajnego z zapasów kuchennych. Jeśli jednak ktoś podrzuci jakiś pomysł to jest mi dużo łatwiej i wrzucam wtedy takie dania do mojego repertuaru. Wtedy też ich modyfikacja i kombinacje na ich bazie są łatwiejsze. Ktoś może powiedzieć, że to kolejne przepisy. Owszem, ale przetestowane przez matkę, żonę i (kochankę? 😛 ) bardzo zabieganą osobę 😀 Osobę, która jak sama pisze, że „jest na świecie tyle ciekawych rzeczy poza gotowaniem, które uwielbiam robić, że po prostu szkoda mi na to czasu!”. Poza samymi przepisami, przypadły mi tez do gustu pomysły na ogarnięcie tematu jedzenia pracując. Aktualnie wdrażam się na nowo w pracę po powrocie z urlopu macierzyńskiego, i nie ukrywam, jest to czasochłonne, dlatego każdy pomysł na ułatwienie tego procesu uważam za zbawienny i warty przetestowania na sobie 🙂

Przyszłym mamom (tym, które już planują, i tym które jeszcze o tym nie myślą) polecam rozdział o aktywności w ciąży. Jest to skondensowane kompendium wiedzy co i jak w tym okresie robić. Bardzo przydatna rzecz. Ja ze swojej strony mogę tylko potwierdzić wszystko co zostało napisane. I żałuję, że nie miałam tej książki wtedy, bo nie musiałabym przeszukiwać tak bardzo Internetu 🙂

W ostatni rozdziale Ania podsuwa pomysły jak nie popaść w rutynę, i co robić aby motywować się do biegania. Zaprezentowane są tam różne sposoby na urozmaicenie sobie „monotonnego” biegania z punktu A do punktu B oraz korzyści nie tylko fizyczne z uprawiania tego sportu.

Podsumowując, książę przeczytałam bardzo szybko. Byłoby szybciej gdyby nie praca, dziecko, mąż i dom 😉 Napisana jest lekko, łatwo i przyjemnie. Ubiera w ciekawe słowa to co pewnie większość z nas biegaczek chciałaby powiedzieć, ale nie zawsze potrafi to wyartykułować 😉 Dla kogo jest ta książka? Jak najbardziej dla tych co chcą zakochać się w bieganiu. Uważam, że jeśli dadzą szansę i książce, i samej dyscyplinie to im się to uda. A co mogą wynieść ci co już się zakochali? Ja osobiście polecam cześć kulinarną i dotyczącą treningu, choć wtedy już chyba tylko te fragmenty dotyczące ćwiczeń uzupełniających. Na pewno też wielu osobom przypadnie do gustu cześć o motywacji. Ja niestety jestem dosyć specyficzna i ciężko do mnie dotrzeć z typowymi motywacyjnymi hasłami. Jak nie zechcę to końmi mnie nikt nie ruszy :/ Taka uparta jestem 😉 Ale mimo wszystko ten rozdział tez przeczytałam z ciekawością, aby lepiej poznać Anię 😉

Teraz przekazuję książkę mojej mamie, może i ona zakocha się w bieganiu. A co na miłość nigdy nie jest za późno 😀