Trener personalny – z czym to się je i po co nam to?

Ja i moja waga to niekończąca się opowieść. Od zawsze zwracam na nią uwagę. Jestem typem, który łatwo przybiera na wadze, ale trudno pozbywa się nadmiaru kilogramów. To była moja zmora od zawsze. Może nie od przedszkola, bo do niego nie chodziłam, ale od podstawówki i owszem. Nie jestem z pokolenia młodzieży, która ma obsesję na punkcie figury, ale i tak moje nadprogramowe kilogramy dawały mi się we znaki wśród rówieśników. Dzięki nim mój język się wyostrzył a skóra zgrubiała 😉 ale i tak co nieco mnie dotykało i raniło, nie ukrywam tego. Dlatego też odkąd pamiętam starałam się jeść z głową i kontrolować siebie. Były wzloty i upadki. Powody były różne. Najlepiej okres to czas przed ciążą i po ciąży. W tamtej wadze czułam się najlepiej, a już na pewno najlepiej mi się biegało.

Niestety powrót do pracy, stres i inne czynniki towarzyszące (o których wkrótce napiszę) spowodowały wzrost na wyświetlaczu wagi, jak i zwiększenie się obwodów (i to nie za sprawą wzrostu tkanki mięśniowej oj nie 😉 ).

Gdy dotarło do mnie, że samotna walka niewiele daje, postanowiłam zwrócić się o pomoc do bardziej wykwalifikowanych osób. Zajęli się mną w Centrum Treningu Personalnego. Przepytali bardzo dokładnie, wymierzyli też tak samo. Przyjęli mnie ze wszystkimi moimi wymaganiami i zaufali mojej samodyscyplinie. Teraz tylko muszę podołać wyzwaniu i osiągnąć zamierzony cel czyli zejść 3kg i osiągnąć te 58kg. A trenerem, który się tego podjął jest przesympatyczny i profesjonalny Patryk Krawczyk

A jak to wszystko wygląda będę opowiadać w kolejnych wpisach.

Jaglany detoks – moje wrażenia

Między 9-15 kwietnia postanowiłam zrobić sobie jaglany detoks. Przygotowania opisałam tu. Teraz czas na podsumowanie.

Moja pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy gdy ktoś się mnie pyta: I jak było? jest : Nic specjalnego. Szału nie ma. 

Po pierwsze, nie było to dla mnie trudne. Kasza jaglana nie jest mi obca, często gości na moim talerzu i to w postaci słodkiej jak i wytrawnej. Monotonni też nie było, ponieważ propozycji w książce jest dosyć dużo co nie pozwala się nudzić. Może dlatego też nie czułam tych wszystkich ubocznych skutków, o których inni pisali (np. bóle głowy, nudności). Jedyne co zauważyłam to zmęczenie ale o tym później.

Po drugie, niespożywanie mięsa i kawy też nie jest problemem, bo mięsa na co dzień nie jem, a kawę piję jedną dziennie, więc organizm szoku nie dostał. Może dlatego cudów też nie było? Ja po prostu bardzo podobnie jem poza detoksem, więc za bardzo nie było się z czego oczyszczać?!

Po trzecie, i to jest największy minus jak dla mnie, już drugiego dnia odczułam spadek energii. Zauważyłam to podczas treningu we wtorek, ale ponieważ był to bieg z synkiem w wózku to zrzuciłam winę na tą sytuację, a nie na dietę. Następne dni były jednak jeszcze gorsze. Po pracy nie byłam w stanie na żadne treningi (a nie był to ciężki miesiąc w pracy), co wcześniej nie było problemem. Sobotni poranny bieg był ciężki, a niedzielni był dramatem. 11:11km w 1:14 to czas żółwia. Miałam w planie zrobić 15km, ale chyba biegałabym 2h. Nie był to problem nawodnienia ani pogody. Tydzień później zrobiłam 15:83km w 1:44 przy nawet wyższej temperaturze i generalnie miałam siły na więcej.

Podsumowując, za mało kalorii dla mojego stylu życia. Może „Jaglany detoks dla biegaczy” byłby lepszą opcja. Poza tym nie odczułam żadnych pozytywnych ani negatywnych (poza spadkiem sił) efektów. Może nie miałam się z czego oczyszczać?

Książkę pożyczyłam koleżance i jestem ciekawa jej wrażeń i odczuć. Jej tryb życia i jedzenia jest zupełnie inny od mojego więc może będzie mieć inne wnioski. Ja jestem zadowolona, że postanowiłam i wytrwałam 😀

Jaglany detoks – przygotowanie

Z początkiem roku kupiłam sobie książkę Marka Zaremby pt.: „Jaglany Detoks”. Zamiar przeprowadzenia go oczywiście cały czas był/jest 😉 nie było tylko czasu. Chciałam najpierw przeczytać co autor ma do powiedzenia, a także przygotować składniki, żeby nie frustrować się jak mi czegoś zabraknie.

Jakie są moje wrażenia na początek? Jak na mój gust za dużo teorii. Są rozdziały, które mnie ciekawią jak te o równowadze kwasowo-zasadowej czy o właściwościach rozgrzewających/schładzających produktów. Nawet jednak i te wspomniane uważam za za szczegółowe dla laika jak ja. Bardziej przemawiają do mnie podsumowania w formie tabelek czy ostatni rozdział gdzie w krótkich podpunktach wszystko zostało podsumowane. Pozostałe części książki przeczytałam, ale jak już wcześniej wspomniałam zupełnie mnie nie zainteresowały. Szczegółowy wpływ detoksu i zmiany nawyków żywieniowych na pracę poszczególnych organów pozostawiam dla bardziej zainteresowanych. Na moją decyzję te rozdziały nie miały wpływu. Uważa, że można było to napisać bardziej ogólnie a idea byłaby równie dobrze przekazana.

To są moje pierwsze wrażenia po przeczytaniu części teoretycznej. Przede mną zapoznanie się z przepisami oraz zaplanowanie detoksu na 7 dni. Trzymajcie kciuki 😉

Wegetarianizm – moje początki

„Ja poproszę jajko sadzone.”

„Ale przecież jest kurczak.”

„Nie jem mięsa.”

Taka sytuacja. Długo do niej zmierzałam, aż w końcu podjęłam decyzję. Co mnie skłoniło? Co mnie wstrzymywało? Jak mi idzie? Na te trzy pytania postaram się odpowiedzieć w tym poście.

Od zawsze z mięsem nie było mi po drodze. I nie chodzi tu o te biedne oczka cielaczka czy puchatego króliczka. Mi po prostu mięso nie smakuje. Jeszcze drób jako tako dawał radę. Ostatnio jednak i to mi nie podchodziło. Na samą myśl o zjedzeniu dania z mięsem robiło mi się źle. W związku z tym podjęłam decyzję i odstawiłam je kompletnie. Zostałam przy rybach i nabiale, weganizm to nie dla mnie. Do tego dochodzą też ewentualnie zupy. Jeśli już jakieś gotuje na mięsie to jest to najczęściej wersja wspólna dla mnie i Żelka na filecie bądź polędwicy z indyka. Młody dostaje misz masz ze wszystkiego, a ja sobie mięsne kawałki wyławiam. Gotowanie trzech różnych dań nie wchodzi w grę 🙂

Skoro zawsze miałam problem z mięsem to czemu tyle czasu mi to zajęło? Z lenistwa i braku czasu. W ciąży szło mi dużo lepiej, ponieważ miałam czas na gotowanie i eksperymentowanie. Nie jestem mistrzem gotowania. Zajmuje mi to sporo czasu, a wtedy go miałam. Po porodzie a następnie po powrocie do pracy wydawało mi się, że ogólnodostępność mięsa pozwoli mi zyskać tych kilka chwil więcej czasu wolnego. Może i tak, ale moje samopoczucie wcale do najlepszych nie należało. I tak decyzja została podjęta.

Jak mi idzie? Cały lipiec dałam radę 😉 Pierwszą połowę sierpnia spędziłam w królestwie mięsiwa wszelakiego i ziemniaka. I też nie było źle 😛 A co jem? Śniadania nie uległy zmianie: do musli mięsa nie potrzeba 🙂

a jajecznicy wspólnej jeszcze nie robiłam (jedynie sobie). Obiady to różnego rodzaje jednogarnkowe, dania warzywne z kaszami i strączkami

Kolacje to lekkie sałatki, lub po prostu pomidory z mozarellą 🙂

Do tego poszukuję past na chleb i do maczania np. marchewek. Próbuję nowych koktajli oraz zawsze nieśmiertelnych serów wiejskich.

Czeka mnie teraz spotkanie z dietetyczką aby zweryfikowała czy aby na pewno proporcjonalność składników jakie jem jest ok. Wtedy będzie mi jeszcze łatwiej, tak mi się wydaje. Na razie, wnioskując po samopoczuciu, nie jest źle, więc idę tym tropem.

Kolejne relacje na pewno będą, razem z ciekawymi przepisami.

Co w kuchni piszczy

Jak już wspominałam zajęcia kuchenne mają na mnie dobry wpływ. W przeszłości nigdy bym się o to nie podejrzewała. Tak zwany kuring nigdy mnie nie pociągał. Może to było związane z faktem mieszkania z rodzicami? A może z brakiem zdolności manualnych 😉 Gdy zamieszkałam na swoim jakoś tak samoistnie ta kuchnia mnie przyciągnęła. Bodźcem jest również fakt, że K. lubi domowe jedzenie, nigdy nie był studentem stołującym się w fastfoodach czy innych barach i tak zostało mu po dziś dzień.

Pichcenie na własną rękę ma moim zdaniem same plusy:

wiesz co jesz;

możesz dbać o kaloryczność posiłków i ich jakość;

oszczędzasz pieniądze;

poznajesz nowe smaki;

rozwijasz swoją kreatywność gdy okazuje się, że połowy produktów z przepisu nie ma w domu i trzeba je czymś zastąpić 😀

Tak to się zaczęło, dbanie o zdrowie i figurę było jednym z powodów dla których zdecydowałam się zaprzyjaźnić z kuchennym wyposażeniem.

W ciąży natomiast dzięki większej ilości czasu wolnego mogłam już dowoli szaleć przy blatach, patelniach i garnkach. Poza tym moim planem było kontrolowanie wagi, a przygotowywanie własnego jedzenia jest najlepszym sprzymierzeńcem w tego typu sytuacjach. Od razu chciałabym wytłumaczyć dlaczego ta waga była dla mnie taka ważna. Należę do osób, które nie mogą za bardzo sobie folgować jeśli chodzi o jedzonko. Dosyć szybko potrafię przybrać na wadze, ale w drugą stronę nie jest już tak łatwo. Nie raz miałam z tym problem, a folgowanie sobie w ciąży nie jest takie trudne. Z tego też powodu sporo się ruszałam, pilnowałam kaloryczności jedzenia, a co za tym szło wolałam sama przygotować sobie np. pizzę czy hamburgera niż go zamówić J Poza tym skoro chciałam szybko wrócić do biegania, a moim celem jest ukończenie półmaratonu w czerwcu to waga też musi być odpowiednia. I tak dzięki silnej woli wspomaganej przez ćwiczenia udało mi się przybrać tylko tyle ile założyłam na początku czyli 11kg (których już nie ma 😀 ).Tak samo jest z wymiarami. Przybrałam tam gdzie powinnam z racji ciąży czyli talia, brzuch i biust. Reszta pozostała nieruszona i aktualnie poza biustem 😉 wszystko wróciło do normy przed ciążowej.

Co takiego robiłam?

Po pierwsze kontrolowałam spożywane kalorie. Myślę też, że całkowite wyeliminowanie piwa i wina też się do tego przyczyniło.

Po drugie postawiłam na wzmożone spożycie owoców i warzyw. Eksperymentowałam z różnego rodzaju koktajlami czy sokami. W ruch poszły blender, sokowirówka i koktajler.

Po trzecie jeśli już mowa była o węglowodanach, starałam się aby to były pełnowartościowe węgle: razowe makarony, chleby żytnie na zakwasie, brązowy ryż, różne kasze czy soczewice lub ciecierzyce.

Po czwarte wolałam coś upiec niż usmażyć.

Po piąte jak już naszła mnie ochota na słodkości to wolałam sama je upiec niż kupić. A gdy nie miałam takiej możliwości i nie pozostawało mi nic innego jak sklep, starałam się znaleźć coś gdzie w parze szło zaspokojenie chęci na słodycze razem z aspektem zdrowotnym 😉

Po szóste eksperymentowałam ze śniadaniami. Ponieważ miałam rano więcej czasu mogłam pobawić się w śniadania na gorąco. Były to m.in. owsianki na ciepło, kasza jaglana z dodatkami, czy jajecznica. Samo śniadanie nie było nowością, nie potrafię nie zjeść tego posiłku. Nie ważne o której wstaję, w przeciągu pół godziny śniadanie musi być. Gdy z jakiegoś powodu (np. badania na czczo)nie mogłam go zjeść o stałej porze, to późnej cały dzień czułam głód.

Po siódme ponownie miałam szczęście : ) ponieważ ominęły mnie typowe akcje z zachciankami ciążowymi. Nie miałam takich sytuacji. Nie było dnia kiedy czułabym, że koniecznie muszę coś tam zjeść (np. frytki z Maca czy tabliczkę czekolady zagryzioną korniszonem 😛 ).

Myślę, że rozwaga w kuchni połączona z aktywnością fizyczną przyniosła efekty, które zaplanowałam. Teraz mogę z dumą spojrzeć w lustro i powiedzieć: I made it 😀

Ruchliwy tydzień

To był tydzień pourlopowy, więc jak każdy taki tydzień był ciężki 😉 Dobrze, że pracy nie było aż tak dużo, że sierpień to jednak trochę spokojniejszy miesiąc to nie był to taki wstrząsający powrót 😉 Dzięki temu, ale i spadkowi temperatury udało mi się dwa razy pobiegać, raz poćwiczyć i zaliczyć kijkowanie 😀

Wtorek opisałam tu.

Środa była domowa. Zaliczyłam ćwiczenia na nogi z tej strony i muszę przyznać, że na drugi dzień co nieco było odczuwalne w pośladkach 😀 Później usmażyłam sobie placuszki komosowo-cukiniowe według przepisu Beaty Sadowskiej z jej książki „I jak tu nie jeść”. Przepis podaję również tu :
2,5 szkl ugotowanej białej komosy ryżowej (ja zamieniłam na kaszę jaglaną)
3 szkl startej cukinii
1 szkl startego parmezanu
2 jajka
1 szkl tartej bułki
sok z połowy cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżeczka rozmarynu (nie dałam bo w ciąży nie można)
1 łyżeczka oregano
1 pęczek posiekanej natki pietruszki
olej rzepakowy do smażenia

Wszystkie składniki wymieszać i smażyć na patelni 😀 Placuszki wyszły pyszne w ilości hurtowej (20 szt), a że nie mają mięsa to K. sobie je odpuszcza 😉 Mam więc obiady na kilka dni 😛

Czwartek to był znowu dzień na bieganie 🙂 Moja standardowa trasa jest dla mnie coraz bardziej łaskawa 🙂 Widzę również, że i kondycja wraca do normy. Cieszę się, bo plany w głowie mam konkretne.

Piątek to było odsapnięcie i regeneracja, ale w sobotę miałam ochotę wrócić do wysiłku. Zaczęło się dobrze, temperatura była idealna, przyjemnie powiewał wiatr, słońca nie było. W planie było 10km i dwa parki: Skowroni i Południowy. Na jednej trzeciej trasy zorientowałam się, że idzie mega ciemna chmura i podjęłam decyzję o powrocie. Gdyby nie ciąża to bym się nie przejęła. Ponieważ jednak nie chcę się przeziębić, stwierdziłam że wracam. Deszcz mimo to mnie złapał i trochę zmoczył. Mimo to i tak udało mi się pyknąć 7km 😉 Już w domu luneło jak z cebra. Uff dobrze, że wróciłam 😉

Teraz czeka mnie relaksik na kanapie z dobrym filmem 😀

Wam również życzę spokojnego miłego wieczoru 🙂

Tętno opanowane…chyba ;)

Wydaje mi się, że opanowałam tętno na poziomie strefy tlenowej. Wczorajszy trening udał się całkiem dobrze.

Nie wiem czy odważyłabym się biec bez pulsometru, ale już mniej więcej wiem jakie tempo utrzymać i jak oddychać aby tętno się uspokoiło. I co najważniejsze, muszę mieć zawsze wodę. Pomaga bardzo 🙂

A dziś wolne więc szaleję w kuchni. Na deser będzie Mus bardzo czekoladowy według przepisy Magdy Dymek z Jadłonomia a na obiad roladki indycze i pieczone ziemniaki 😉 Pychota 🙂

Smacznego i zapraszam na więcej, na pewno będzie 🙂