Trener personalny – co dzięki niemu osiągnęłam

10 spotkań z Patrykiem za mną. Trwało to ciut dłużej niż 10 tygodni (choróbsko pod koniec mnie wyeliminowało z ćwiczeń), ale mogę powiedzieć już oficjalnie, że to koniec.

Zaczęłam chodzić do Patryka z początkiem września. Zmierzyłam się i zważyłam. Zdjęcia nie zrobiłam więc metamorfozy a la Chodakowska nie będzie 😉 Pierwszy wniosek: obwody spadły, waga też. O ile? O 2-3 cm. Dla jednych dużo, dla innych nie. Dla mnie samej to nie jest jakiś spektakularny spadek. Bywało więcej. Nie jestem jednak zawiedziona. I na pewno byłoby dużo lepiej gdybym się dużo mocniej przyłożyła do diety 😉 Tak więc mea culpa.

Poza wymiarami poprawiłam wygląd moich nóg i pośladków. Martwe ciągi 😛 przysiady i wchodzenie na kostkę (nie mam zielonego pojęcia jak to się nazywa 😀 ) dały efekt. Do tego kettle, sztangi i inne ciężarki obudziły mięśnie ramion i pleców. Dały do myślenia nad postawą ogólnie, a nad pozycją siedzącą w pracy szczególnie :/ Najmniej ruszył się sam brzuch, choć i tu obwód się zmniejszył. Nie był on jednak bezpośrednio katowany więc też to jest zrozumiałe.

Moim celem nie było spektakularne schudnięcie. Zależało mi na zapoznaniu się z poprawną techniką. Na poznaniu konkretnych ćwiczeń na konkretne partie ciała. Na wzmocnieniu. I to wszystko od Patryka dostałam. Poza tym okazało się, że moja prawa strona ciała jest rzeczywiście słabsza, i te bóle prawego kolana, biodra czy nawet stopy są między innymi z tym związane. Wiem już jak nad tym pracować, w jakim kierunku iść. Na dodatek ból kolan znikł jak ręką odjął 🙂

Przede mną teraz najcięższe zadanie: nie zaprzepaścić tej pracy, nie zapomnieć niczego i korzystać ze zdobytej wiedzy. I co ważne muszę się przekonać do siłowni 😛 koniec kropka. Już wiem, że ćwiczenia tylko w domu nie będą tak efektywne.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że skorzystałam z pomocy trenera personalnego. Że zaufałam komuś z fachową wiedzą, ponieważ widzę same plusy tej inwestycji. Przede mną dwa-trzy miesiące pracy indywidualnej, a później się zobaczy. Może wrócę? Bo chęci są. Poza tym jak kogoś polubię to chętniej wracam, a Patryk jest przemiły i aż żal zrezygnować 😀 Polecam go bo naprawdę warto.

Dla zainteresowanych zostawiam linka na FB  https://www.facebook.com/treningiszytenamiare/

Trener personalny – z czym to się je i po co nam to?

Ja i moja waga to niekończąca się opowieść. Od zawsze zwracam na nią uwagę. Jestem typem, który łatwo przybiera na wadze, ale trudno pozbywa się nadmiaru kilogramów. To była moja zmora od zawsze. Może nie od przedszkola, bo do niego nie chodziłam, ale od podstawówki i owszem. Nie jestem z pokolenia młodzieży, która ma obsesję na punkcie figury, ale i tak moje nadprogramowe kilogramy dawały mi się we znaki wśród rówieśników. Dzięki nim mój język się wyostrzył a skóra zgrubiała 😉 ale i tak co nieco mnie dotykało i raniło, nie ukrywam tego. Dlatego też odkąd pamiętam starałam się jeść z głową i kontrolować siebie. Były wzloty i upadki. Powody były różne. Najlepiej okres to czas przed ciążą i po ciąży. W tamtej wadze czułam się najlepiej, a już na pewno najlepiej mi się biegało.

Niestety powrót do pracy, stres i inne czynniki towarzyszące (o których wkrótce napiszę) spowodowały wzrost na wyświetlaczu wagi, jak i zwiększenie się obwodów (i to nie za sprawą wzrostu tkanki mięśniowej oj nie 😉 ).

Gdy dotarło do mnie, że samotna walka niewiele daje, postanowiłam zwrócić się o pomoc do bardziej wykwalifikowanych osób. Zajęli się mną w Centrum Treningu Personalnego. Przepytali bardzo dokładnie, wymierzyli też tak samo. Przyjęli mnie ze wszystkimi moimi wymaganiami i zaufali mojej samodyscyplinie. Teraz tylko muszę podołać wyzwaniu i osiągnąć zamierzony cel czyli zejść 3kg i osiągnąć te 58kg. A trenerem, który się tego podjął jest przesympatyczny i profesjonalny Patryk Krawczyk

A jak to wszystko wygląda będę opowiadać w kolejnych wpisach.

Test łyżew Oxelo Fit3

Jestem osobą aktywną. Nie mówię tego na wyrost. Bardzo lubię sport, ruch jest mi potrzebny do dobrego samopoczucia. Jeżdżę na rowerze, bardzo dużo biegam, korzystam z dobrodziejstw rolkarstwa, jak i również odwiedzam kluby fitness czy siłownie. Problem pojawia się jednak gdy nadchodzi zima i spada śnieg. Oczywiście bieganie jest możliwe do pewnego pułapu temperaturowego, ale rower czy rolki już odpadają. Pewnie powiecie: przecież jest tyle sportów zimowych. Idealny moment na ich praktykowanie. Może i tak, ja niestety nie jestem sportowcem zimowym. Narty, snowboard czy biegówki to nie moja bajka. Sanki natomiast trudno nazwać sportem 😉. Na szczęście dawno temu rodzice zabrali mnie na jedyne we Wrocławiu lodowisko. Założyli pierwsze w życiu białe figurówki w rozmiarze 25 i postawili na tafli lodu. Sami nie mając łyżew nie mogli że mną wejść więc zdania byłam na siebie i przemiłe dwie nastolatki, które zaopiekować się i pokazały tajniki jazdy na łyżwach pięciolatce. Od tamtego dnia to łyżwy ratują zimę. Dzięki nim mogę powiedzieć że czekam na tą porę roku równie niecierpliwie co snowboardziści czy narciarze. Gdy dowiedziałam się że mogę przetestować łyżwy nie było innej opcji jak zgodzić się i podjąć wyzwanie

Do testów dostałam łyżwy marki Oxelo Fit3. 

Moje pierwsze wrażenia po otwarciu pudełka? Wow ale ładne. Kolorystyka przywiodła mi na myśl typowy zimowy krajobraz. I ten wzorek nad ostrzem. Uważam, że prezentują się bardzo dobrze. I co dla mnie osobiście ważne – damska wersja nie jest w różowej kolorystyce.

Niestety druga myśl jaka pojawiła się to żal, że nie ma w komplecie pożądanych ochraniaczy na ostrza. Owszem, można dokupić uniwersalne w sklepie (takie też mam), ale niestety są one przydatne jedynie do transportu. Gdybym chciała przejść w nich z szatni do tafli lodowiska jest to nie możliwe ponieważ są uniwersalne i nie trzymają się łyżew. Może to być odebrane jako fanaberia, ja jednak sporo jeżdżę i uważam że dzięki temu ostrza niszczyły by się jeszcze mniej. Z tego co mogłam wcześniej zaobserwować te hokejówki nie są jakoś bardzo ciężkie. Łyżwy na nodze leżą bardzo dobrze. Wzięłam o rozmiar większe z myślą o grubszej skarpecie szczególnie na otwartych lodowiskach. Był to dobry wybór. Nic mnie nie cisnęło ani nie uwierało. Dobrze się je wiąże, a zapięcia dobrze pomagają docisnąć i dopasować moc wiązania. Sama jazda była bez zarzutów. Buty dobrze trzymają kostki. Nie ma uczucia „latania nogi”. Zazwyczaj po ok.30-40 minutach jazdy czuję lekki dyskomfort w śródstopiu, tu tego nie czułam. Bardzo miło wspominam jazdę w tych łyżwach i cieszę się że mogłam je przetestować i wyrazić swoją opinię.

Z nowym rokiem nowym krokiem

To już chyba norma, że styczniowe wpisy blogowe obfitują z cele, założenia i plany na nadchodzący rok. Bliższe, dalsze, bardziej bądź mniej konkretne. Czy na koniec wszyscy mogą pochwalić się doprowadzeniem tych założeń do końca to już inna bajka. Myślę jednak, że każdy coś tam sobie zakłada.

Z ciekawości chciałam sprawdzić jak tam moje założenia na 2016 wypadły, a tu niespodzianka – nie było żadnych 😉 W sumie to jakoś mnie to nie dziwi. Biorąc pod uwagę Żelka dobrze, że nic nie zakładałam, bo tylko frustracja by mnie zjadła, że się nie udało 😉 A tak na spokojnie sobie żyłam nieświadoma tego szczęścia 😀

W tym roku postanowiłam jednak coś tam sobie zaplanować. Zapisane to może łatwiej będzie zapamiętać i motywacja będzie większa 😛

  1. Przebiec w ok. 2-2:20 półmaraton ślężański
  2. Przebiec w ok.1:50-2 półmaraton nocny we Wrocławiu
  3. Zrobić 10km w 50-55min, a 5km w 25minut.
  4. Przyłożyć się do treningów okołobiegowych 😛

Takie to moje biegowe cele. Nie ma ich za dużo, ponieważ przed nami mój powrót do pracy i rozpoczęcie przez Żelka edukacji żłobkowej, tak więc dużo zmiennych będzie miało na nas wpływ 😉 Trzeba pamiętać jednak, że kto nie próbuje ten nie wie czy mu się uda czy nie. Tak więc do pracy marsz 😀

Powodzenia wszystkim w realizacji założeń 🙂

Jak to w ciąży z aktywnością jest

Gdy dowiedziałam się o ciąży byłam w szczycie przygotowań do półmaratonu. Z jednej strony radość, że się udało. Z drugiej, mimo szczerych chęci, czułam leciutki zawód, że te przygotowania będą musiały pójść w odstawkę i poczekać przynajmniej do następnego roku. Po oswojeniu się z tą wiadomością kolejnym etapem było znalezienie jak największej liczby informacji dotyczących biegania w ciąży. Bardzo mi zależało aby móc dalej biegać, aby po ciąży móc wrócić do treningów bez jakiś większych strat wydolnościowych. A poza tym wiedziałam, że ciężko będzie mi porzucić bieganie, aktywność, możliwość ruszania się. Może to i uzależnienie, a może nie? Nie wiem. Wiem jedno, jest to coś co daje mi radość i pozwala się zrelaksować, a oto chyba w ciąży chodzi, prawda? Przyszła mama powinna korzystać z tego czasu w pełni. Powinna zająć się sobą, dbać o siebie, relaksować się i cieszyć każdą chwilą tego pięknego okresu. Skorzystałam z tego przesłania i nie zaprzestałam biegania ani innych aktywności sportowych, jedyne co zrobiłam to je lekko zmodyfikowałam.

Pierwszy trymestr minął u mnie bezobjawowo. Jedynym skutkiem ubocznym ciąży była większa senność niż dotychczas, ale to i tak było niewspółmiernie rzadsze niż opisywały to koleżanki. Należałam do szczęściar, które nie miały nudności, zapachy ich nie drażniły. Dzięki temu jadłam co chciałam i mogłam cieszyć się stanem ciążowym od samego początku. Do biegania wróciłam jak tylko moja lekarka potwierdziła, że wszystko się dobrze zagnieździło i dała zielone światło na ćwiczenia. Jestem osobą, która nie ufa do końca we wszystko co piszą w Internecie. Polegam na nielicznych opiniach osób sprawdzonych, ale przy tej mnogości informacji wolę jednak konsultować różne rzeczy z ludźmi z krwi i kości, którzy mogą mi osobiście udowodnić swoją wiedzę na dany temat. Z tego też powodu spotkałam się z trenerką personalną Katarzyną Kopecką, która poradziła mi jak podejść do aspektu biegania i ćwiczeń w ciąży. W trakcie biegania starałam się utrzymywać tętno w zakresie tlenowym (u mnie to było ok. 150 uderzeń na min), słuchałam swojego organizmu i nic nie robiłam na siłę. Jeśli czułam, że trzeba przejść do marszu to tak też robiłam. Zmniejszyłam dystans do 5km, ale jeśli czułam, że mam sił na więcej to korzystałam z możliwości przedłużenia trasy 🙂 I odwrotnie oczywiście też. Ilość treningów biegowych zmniejszyłam do 3 razy tygodniowo. Gdy temperatury w okresie letnim skoczyły do niebotycznie wysokich przerzuciłam się na spacery i pływanie.

Drugi trymestr to jak wszyscy mówią najlepszy okres w ciąży. Dużo sił i ciężaru jeszcze mało. Tak też było w moim przypadku. Sporo ćwiczeń, biegania, basenu (ten ostatni z powodu infekcji musiałam zaniechać po półtora miesiąca :/ ). Do biegania dorzuciłam ćwiczenia dla kobiet w ciąży oraz zajęcia w domu. Polegałam głównie na filmikach Anny Dziedzic – FitMom i jej poradach. Odpuściłam mięśnie brzucha, zostawiłam jedynie ćwiczenia na stabilizację i to też te łatwiejsze. Skupiłam się na mięśniach nóg i rąk. Przede mną noszenie sporego ciężaru, zarówno ciążowego jak i później w formie maluszka. Musiałam wykorzystać każdą nadarzającą się okazję aby jak najlepiej się przygotować do tego wydarzenia.

Trzeci trymestr to już zupełnie inna bajka. Bieganie zamieniłam na nordic walking. Nie sprawiało mi to już takiej przyjemności, a przecież nie oto chodzi w bieganiu i w ogóle w aktywności fizycznej 😉 Skupiłam się na tym co mi odpowiadało. Dużo spacerowałam, ćwiczyłam już głównie w domu, a także szalałam w kuchni 😉 Zorientowałam się, że kucharzenie bardzo mnie relaksuje i uspokaja. Do tego dorzuciłam bieganie po sklepach za prezentami świątecznymi 🙂 a w styczniu za rzeczami dla maluszka. Udało mi się prawie wszystko zorganizować przed narodzinami 😀

Czy zrobiłabym coś inaczej? Nie. Czułam i czuję się świetnie. Na drugi dzień po porodzie byłam już całkowicie na chodzi. W sumie to mogłam iść pobiegać 😉 Gdyby tylko nie mieć tego zdrowego rozsądku 😉 Rady dla innych? Jeśli tylko możecie, zdrowie wam na to pozwala, ciąża nie jest zagrożona, ćwiczcie, biegajcie, ruszajcie się. Róbcie wszystko to na co macie ochotę, co przynosi wam odprężenie i zapewnia dobry humor. Najważniejsze w ciąży to być zrelaksowanym, nie stresować się i cieszyć tym czasem oczekiwania 🙂

Andrzejkowe podsumowanie miesiąca

Fajnie mi się składa ta moja ciąża 😉 Koniec miesiąca kalendarzowego i koniec miesiąca ciążowego (no dobra, do końca zostaje zawsze jeszcze jakieś 5 dni 😉 ). Biorąc pod uwagę uśrednienie mogę jednak takie założenie sobie przyjąć 🙂

Jak minął mi listopad? Ciężko 😉 Nagle oddychanie stało się cięższe, nogi zaczęły odczuwać ciężar bardziej niż dotychczas, tętno szybciej wiruje w górę. Z tego też powodu zamieniłam bieganie na marsze. Poza tym więcej skupiam się na ćwiczeniach i basenie, korzystam z siłowni itd. Na szczęście pogoda mi sprzyja i pomaga w tej zamianie 😉 Piękna, złota jesień powoli ustępuje miejsca nadchodzącej zimie. Mokre i zmrożone liście nie sprzyjają ciężarnym z zaburzonym poczuciem równowagi 🙂

To wszystko nie zapowiadało jakiegoś spektakularnego wyniku w tym miesiącu, ale mimo to podsumowanie wcale tak najgorzej nie wygląda.

W sumie przećwiczyłam 19h35min.
Pokonałam 47,56km dzięki marszom na dworze i na sprzętach na siłowni oraz pływaniu.
Poza tym miło jest widzieć, że poza obwodem brzucha i biustu oraz wagi nic więcej nie ulega powiększeniu 😀 Jak na razie 9kg na plusie, a przede mną jeszcze tylko 2 miesiące 🙂

Oczywiście nie samymi ćwiczeniami udaje mi się tą wagę utrzymać. Staram się myśleć co jem i ile. Nie stosuję żadnej diety, o nie. Nie kontroluję rygorystycznie kalorii czy ilości. Po prostu myślę co jem i nie rzucam się na słodycze 😉 A jeśli już to staram się przygotowywać coś własnego. Wtedy mogę kontrolować co wrzucam do słodkości, i w jakich ilościach 😉

Na tą chwilę wszystkie moje zabiegi przynoszą oczekiwane, pozytywne rezultaty. Czuję się dobrze. Nie mam żadnych typowych ciężarnych objawów. Żelek rośnie jak na drożdżach, normy zalicza przy każdej wizycie. Nic tylko być w ciąży 😉

Nie pozostaje nic innego jak czekać z niecierpliwością na następne miesiące 🙂

Coś dla ciała, coś dla ducha :)

Piątek, piąteczek, piątunio 😀 Ranek nie zapowiadał się interesująco :/ Ulewa za oknem, a później mgła spowijająca Wrocław zachęcała tylko i wyłączenia do zakopania się w ciepły kocyk, z gorącym napojem.

Później coś tam zaczęło się rozjaśniać, ale wizja przemoczonych butów i ewentualnego przeziębienia cały czas sugerowała abym odłożyła bieganie po parku wśród kałuż :/ Nie było innego wyjścia jak spakować manatki i wybrać się na siłkę. Skorzystałam z bliskości jednej z nich i spędziłam godzinę na bieżni i orbitreku. Przy okazji użyłam nowej koszulki of Fit Mom

i wzbudziłam lekką sensację wśród nielicznych trenujących. Zauważyłam, że jak już ktoś zauważa, że biegam, ćwiczę czy pływam i jestem jednocześnie w ciąży to są to najczęściej mężczyźni. Tzn. nie mówię, że kobiety nie zwracają na mnie uwagi, ale panowie robią to bardziej otwarcie 😉 Gapią się czasami jak sroka w gnat 😉 Na basenie to nawet jeden pan się pytał czy wszystko w porządku jak robiłam przerwy między jedną dziesiątką a drugą 😀

Po treningu dopytałam się przy okazji o zajęcia fitness dla kobiet w ciąży i niestety ale muszę mieć zaświadczenie od lekarza 😉 a przy okazji poprosili abym następnym razem miała je również jak przyjdę na siłownię 😉 Hehe najwyżej znowu będę mieć na sobie znowu kurtkę i wtedy nikt i tak nie zauważy czy ja w ciąży czy nie. A na sali to już nikt na to nie reagował 😉 co w sumie jest mało odpowiedzialne z ich strony, biorąc pod uwagę fakt, że było naprawdę mało ludzi i można wszystkich było ogarnąć bardzo łatwo.

Z biegiem dnia przejaśniło się i wyszło piękne słońce. Dlatego też spakowałam aparat i wybrałam się na wycieczkę po Wrocławiu w poszukiwaniu pięknej jesieni 🙂 Było cudownie. Słońce grzało wspaniale, kolory zachwycały, a Wrocław za dnia jest równie piękny co w nocy 🙂

I tym oto sposobem udało mi się zrobić coś dla ciała i dla ducha. Od dawna chciałam sobie takie fotografo-zwiedzanie po Wrocławiu zrobić, ale zawsze coś mi wypadało. Ostatnio to nawet myślałam, że to już po ptakach, bo pogoda nie zachęcała, a tu nagle się taka cudna chwila trafiła. Wieczorem znowu lało więc miałam szczęście 😉

Mamy (nie biegamy) chodzimy

Temperatury dla Wrocławia na dziś nie były zachęcające do aktywności 😉 a tu od rana miła niespodzianka: słońce za chmurami (nie pali), wiatr przyjemnie powiewa, temperatura również znośna.

Pyszne śniadanko (resztka koktajlu z malin, jabłek i kaszy jaglanej z płatkami i otrębami owsianymi) popite Inką (z braku laku jest pseudo kawa 😛 ), a potem zebrałam się i wymaszerowałam z kijkami. W planie miałam cztery parki (Andersa, Skowroni, Południowy i Grabiszyński). Zapomniałam sprawdzić ile to kilometrów jest (kiedyś tą traskę już sobie przebiegałam), ale co tam, się zobaczy w praniu 😉 No i zobaczyłam 😉 Standardowo z kijkami robię 10-11km, biegam 5-7km, nie chcę przesadzić, nie widzę sensu się forsować w aktualnym stanie. Dziś wyszło 14km, a z parku Grabiszyńskiego zrobiłam tylko połowę trasy. Na 7km stwierdziłam, że wracam bo więcej to może być problem, a wrócić jakoś trzeba. Nie uśmiechała mi się wizja korzystania z komunikacji miejskiej 😉 Zajęło mi to 2,5h i muszę przyznać, że nogi trochę to odczuły, ale przyjemne jest takie zmęczenie 😀

Przy okazji obmyśliłam plan na bieganie: następnym razem do parku pomaszeruję aby się rozgrzać, a dopiero na miejscu zrobię swój standardowy dystans. Chcę sprawdzić czy tak nie będzie mi łatwiej. Zauważyłam, że im dłużej biegam/chodzę tym niższe mam tempo, w takim razie po 2km rozgrzewki, w trakcie biegu już powinno być ustabilizowane, i nie będzie tak mną szarpało. Zobaczymy 🙂

A dziś wieczorem wspaniałe spotkanie z daaawno nie widzianą przyjaciółką 😀 Już nie mogę się doczekać. Wrocław nocą i miłe towarzystwo to jest to

Dylematy

W związku z zaistniałą sytuację nie zawsze mogę biegać, nie zawsze mam na to siły i, aż dziwne, ochotę 😉 Dlatego też zakupiłam sobie kijki do nordic walkingu i zamiennie z bieganiem stosuję je. W trakcie tych marszy również kontroluje tętno i tempo, i stąd właśnie są moje dylematy.

Czy w trakcie marszu mam taki sam próg tlenowy jak w trakcie biegania?

Dlaczego jak biegnę to przy tempie 9:00km/min mam tętno 148 a jak idę z podobnym tempem to tętno jest 128?

Nie wiem czy mam się nad tym zastanawiać czy nie, ale jest to sprawa, która chodzi mi po głowie.

Może znajdzie się ktoś kto zna na nie odpowiedź lub może podsunąć miejsce to jej znalezienia?

Dwudniowe schłodzenie

Niedziela i poniedziałek pozwoliły nam odsapnąć od upałów chociaż trochę.

Niedzielny poranek przywitał nas polami zasnutymi mgłami. Piękny widok i dopiero po fakcie zorientowałam się, że mogłam cyknąć kilka fotek :/ Temperatura była przyjemna, relaks na tarasie potrzebny był wszystkim.

Po tak mile spędzonym dniu, wypoczęte stwierdziłam, że skoro pogoda dopisuje to można równie dobrze miło zakończyć tydzień jakimś małym biegankiem 😀 Jak pomyślałam tak zrobiłam i pyknęłam sobie 6km na koniec dnia 😀

Patrząc z perspektywy całego tygodnia to mimo wysokich temperatur nie było tak źle z moją aktywnością. Gdy temperatura nie pozwalała na szaleństwa biegowo-chodowe korzystałam z uroków jeziora. Na Google zmierzyłam sobie tak plus minus dystans który pokonuję i muszę przyznać, że jestem z niego zadowolona. Jedna długość to ok. 100-130m a za każdym podejściem robię ich od 4-8 więc nie jest źle.W planie mam powrót na basen jak wrócimy do Wrocławia.

Poniedziałek również zapowiadał się pochmurnie, więc skorzystaliśmy z okazji i wyskoczyliśmy na zwiedzanie okolicy. Odwiedziliśmy Gołdap i Piękną Górę oraz zjedliśmy pyszny obiad z restauracji z rosyjskim jedzeniem Matrioszka. 
Pogoda się poprawiła i na bieganie niestety było za ciepło i duszno :/ więc zabrałam kijki i pyknęłam standardowe 10km 😀 Przyjemne zmęczenie organizmu dało się we znaki wracając. Nogi odczuły dwudniowy wysiłek, ale nie ma nic przyjemniejszego niż takie właśnie zmęczenie.

A teraz ponownie nadeszły upały więc znowu trzeba będzie się przerzucić na pływanie w jeziorze. Ewentualne biegi i chodziarstwo zostawić sobie na godziny wieczorne 😉