W nowy rok nowy krok

Gdzie niegdzie słychać jeszcze fajerwerki. Ostatni jeszcze witają nowy rok, ale większość pewnie wdraża w życie najważniejsze postanowienia noworoczne i z torbą sportową kieruje się na siłownię/zajęcia fitness.

Ja w tym roku powielam założenia zeszłoroczne i idę na żywioł. Nie planuję, nie zakładam, nie obstawiam. Wiem, że to mi nie służy 😉 Lekkie podejście do życia jest mi ostatnio bliższe i pomaga w walce ze ZMORĄ. Ramowy plan jest, ale jest na tyle elastyczny, że mogę go spokojnie modyfikować i nie stresować się odbieganiem od niego:

a) więcej ćwiczeń ogólnorozwojowych, ponieważ ITBS dał o sobie znać a ja nie chcę się z nim na dłużej zaznajamiać 😉

b) powrót do Patyka jako kontynuacja punktu a)

c) próba zejścia do 58kg

d) chętnie przebiegnę jakieś dwa półmaratony. Myślę o H2O i Nocnym. Lubię je i trasy którymi prowadzą

e) ostatni ale równie ważny to powrót do nauki czeskiego. Mój umysł zatęsknił za bodźcem związanym z nauką więc trzeba i ten organ zaspokoić 😀

Tak planuje się mój rok, a to jaki będzie naprawdę zależy od jednego czynnika: Żelisława 😀 😀

 

Bonne année

Podsumowanie roku

Grudzień to taki miesiąc, który prowokuje podsumowania. Na początek suche fakty:

  • całkowity dystans to 1088 km
  • najlepszy miesiąc to sierpień z 140km
  • spalonych kalorii ponad 104000

Rok 2018 był całkiem udany. Zdrowotnie o wiele lepiej niż w zeszłym. Żelek złapał odporność i już nie przynosi co i rusz wirusów powalających rodziców 😉 Dzięki temu nie rezygnowałam tak często z zawodów jak w zeszłym roku. Postawiłam jednak więcej na bieganie dla biegania i korzystałam więcej z wózka biegowego. Z jednej strony młody już jest coraz starszy, cięższy, a siedzenie w wózku zaczyna go nudzić. Z drugiej strony, coraz łatwiej mu wytłumaczyć ile to potrwa i zapewnić zajęcie na czas przejażdżki. Dlatego też starałam się jak najbardziej z tego korzystać. Do biegania w parze dorzucałam oczywiście treningi indywidualne dla zdrowia psychicznego 😉 i starałam się nie zaniedbywać treningu funkcjonalnego. To ostatnie idzie w kratkę, ale myślę, że nie jest tak źle. Udało mi się nawet zapisać do trenera personalnego o czym pisałam tu. Dzięki niemu trochę wiedzy teoretycznej oraz ciekawych pomysłów na nowe ćwiczenia wpadło.

Jeśli chodzi o zawody to dwie połówki są zaliczone: H2O i Nocny oczywiście. Zaliczyłam też sporo biegów na 5 i 10km, w tym kilkakrotnie w towarzystwie Żelka. Niby bieganie z wózkiem jest coraz częściej spotykane, ale jednak nadal wywołujemy sensację 😀

Mój talent do gotowania również starałam się z, myślę, powodzeniem rozwijać. Zrobiłam sobie detoks tu. Nie jest to moja bajka i chyba więcej tego nie powtórzę. Cały czas staram się rozwijać moją dietę wegetariańską. Wydaje mi się, że idę w dobrym kierunku choć potknięcia są czasem większe, czasem mniejsze.

I co chyba najważniejsze to moja ZMORA w tym roku prawie wcale się nie odzywała. Mogę powiedzieć, że 90% czasu JEJ nie było 😀

Daje mi to wszystko nadzieję, na jeszcze lepszy, nadchodzący 2019 rok.

Maska antysmogowa a bieganie

Pod koniec zeszłego sezonu grzewczego postanowiłam, że w nowym zaopatrzę się w maskę antysmogową. Uczucie, że mam język w smole po bieganiu nie należał do najprzyjemniejszych i nie chciałam tego więcej doświadczać. Poczytałam, posprawdzałam i stwierdziłam, że wolę zainwestować w maskę jednorazową na cały sezon, niż wymieniać co i rusz filtry. Moim zdaniem maska jednosezonowa jest lepsza, ponieważ nie muszę się zastanawiać czy już filtr jest do wymiany czy jeszcze nie. Problem techniczny przy zakładniu go również odpada. Jeśli chodzi o cenę, to tego typu maski w takich przedziałach cenowych są więc tu jakby nie było nad czym debatować. Zostało mi tylko zmierzyć się i wybrać wzorek 🙂 Padło na nadruk z pandami 🙂 Myślę, że jak już mam w tym biegać po ulicach i wzbudzać powszechne zainteresowanie to ułatwię innym sprawę i będę się jeszcze bardziej rzucała w oczy 😀

Mam już za sobą dwa biegi. Każdy z nich to ok. 10km (plus minus). Wszystkie przy temperaturach w okolicy 0-5 stopni. Jak wrażenia? Generalnie jestem mile zaskoczona. Spodziewałam się, że będę ledwo dychać, że nawet spokojny bieg zamieni się w walkę o oddech. Na szczęście się pomyliłam. Oba biegi wspominam dobrze. Tętno było może ciut wyższe niż gdybym biegła bez maski, ale nie czułam dyskomfortu. Mimo wszystko interwałów czy innych wymagających jednostek treningowych bym w niej nie robiła. W takich sytuacjach stawiam na bieżnię na siłowni.  Owszem samo uczucie maski na twarzy nie jest wspaniałe 😉 Dziwnie mi szczególnie na grzbiecie nosa. W tym miejscu jest blaszka które dopasowuje się do nosa i do niego przylega. Dziwne wrażenie z tego powodu, no ale nikt nie mówił, że będzie idealnie. Największy minus to skraplanie się wewnątrz maski. Mimo posiadania zaworu odprowadzającego wilgoć przy takim wysiłku jest to nieprzyjemne. Wiem jednak, że jest to generalnie problem tego typu masek więc na to chyba nie ma rady :/ Do tego jak ktoś ma katar to on niestety spływa intensywnie i trzeba by co jakiś czas odsuwać maskę aby się wycierać, a to trochę nie ma sensu.

Podsumowując, myślę, że warto zainwestować w tego typu rzecz biorąc pod uwagę co dzieję się za oknem. Jak na razie przyszłość nie zapowiada się z czystym powietrzem więc myślę, że jeśli można choć trochę zminimalizować  skutki uboczne to trzeba z tego skorzystać. Ja kupiłam maskę Cambridge.

Ja polecam ale każdy myślę musi sam do tego dojrzeć 😉

 

 

 

Podsumowanie miesiąca – listopad

Październik zakończył się choróbskiem, a listopad nim zaczął. W sumie chorowałam około miesiąca. Masakra. Nie obyło się bez antybiotyku, z anginą to już nie była zabawa. Na szczęście antybiotyk trafiony i nic nie wróciło 😉 Chciałabym powiedzieć, że w związku z tym wróciłam na szybkie tory biegania, ale tak nie jest. Listopad i grudzień to są miesiące, które cechuje duża liczba nadgodzin w pracy. Najczęściej wracam do domu po 10 godzinach i nie ukrywam, że często padam na pysk. Jasne, że bieganie dodaje sił i pobudza organizm wbrew pozorom, ale jednak stawiam na pierwszym miejscu spędzenie tych resztek dnia z Żelkiem i K. a dopiero później zastanawiam się czy: pobiegać, poćwiczyć, zrobić obiad czy paść na kanapę 😉 Staram się każdego dnia coś z tego zrobić, ale nie zawsze się udaje 😉

Ten miesiąc to jedynie 52km przebiegnięte w tym kolejne zawody z cyklu City Trail w tandemie wózkowym 😉 Do tego trochę pospacerowaliśmy z młodym, choć po przedszkolu on ledwo żywy, a i pogoda do długich wpraw aż tak bardzo nie zachęca. Mało ćwiczyłam bo niestety gonię w piętkę, ale jestem na dobrej drodze 😉 (jak zawsze 😀 ).

Przede mną teraz baaardzo gorący okres pracowo-świąteczny, ale przerwa bożonarodzeniowa zapowiada się dobrze, czyt. urlop na polskim biegunie zimna. Będzie więc bieganko w mrozie 😀

 

Trener personalny – co dzięki niemu osiągnęłam

10 spotkań z Patrykiem za mną. Trwało to ciut dłużej niż 10 tygodni (choróbsko pod koniec mnie wyeliminowało z ćwiczeń), ale mogę powiedzieć już oficjalnie, że to koniec.

Zaczęłam chodzić do Patryka z początkiem września. Zmierzyłam się i zważyłam. Zdjęcia nie zrobiłam więc metamorfozy a la Chodakowska nie będzie 😉 Pierwszy wniosek: obwody spadły, waga też. O ile? O 2-3 cm. Dla jednych dużo, dla innych nie. Dla mnie samej to nie jest jakiś spektakularny spadek. Bywało więcej. Nie jestem jednak zawiedziona. I na pewno byłoby dużo lepiej gdybym się dużo mocniej przyłożyła do diety 😉 Tak więc mea culpa.

Poza wymiarami poprawiłam wygląd moich nóg i pośladków. Martwe ciągi 😛 przysiady i wchodzenie na kostkę (nie mam zielonego pojęcia jak to się nazywa 😀 ) dały efekt. Do tego kettle, sztangi i inne ciężarki obudziły mięśnie ramion i pleców. Dały do myślenia nad postawą ogólnie, a nad pozycją siedzącą w pracy szczególnie :/ Najmniej ruszył się sam brzuch, choć i tu obwód się zmniejszył. Nie był on jednak bezpośrednio katowany więc też to jest zrozumiałe.

Moim celem nie było spektakularne schudnięcie. Zależało mi na zapoznaniu się z poprawną techniką. Na poznaniu konkretnych ćwiczeń na konkretne partie ciała. Na wzmocnieniu. I to wszystko od Patryka dostałam. Poza tym okazało się, że moja prawa strona ciała jest rzeczywiście słabsza, i te bóle prawego kolana, biodra czy nawet stopy są między innymi z tym związane. Wiem już jak nad tym pracować, w jakim kierunku iść. Na dodatek ból kolan znikł jak ręką odjął 🙂

Przede mną teraz najcięższe zadanie: nie zaprzepaścić tej pracy, nie zapomnieć niczego i korzystać ze zdobytej wiedzy. I co ważne muszę się przekonać do siłowni 😛 koniec kropka. Już wiem, że ćwiczenia tylko w domu nie będą tak efektywne.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że skorzystałam z pomocy trenera personalnego. Że zaufałam komuś z fachową wiedzą, ponieważ widzę same plusy tej inwestycji. Przede mną dwa-trzy miesiące pracy indywidualnej, a później się zobaczy. Może wrócę? Bo chęci są. Poza tym jak kogoś polubię to chętniej wracam, a Patryk jest przemiły i aż żal zrezygnować 😀 Polecam go bo naprawdę warto.

Dla zainteresowanych zostawiam linka na FB  https://www.facebook.com/treningiszytenamiare/

Listopadowe nowe rozdanie

Piękny, słoneczny, skąpany w kolorach jesieni listopad mamy. Temperatury zachęcają do spędzania czasu na zewnątrz. Cienkie legginsy i krótkie rękawki biegaczy nie dają się odłożyć w głąb szafy. Jest cudnie. A ja???? A ja patrzę na to wszystko przez okno i wzdycham. Wzdycham, bo wpadam z jednej choroby w drugą. Ciągnie mi się choróbsko już czwarty tydzień. Pod koniec października wirus nie odpuszczał i uziemnił mnie na 1,5 tygodnia w domu (w końcu 😉 ). Z pierwszymi dniami listopada poczułam się tak dobrze, że aż 3/11 zapłaciłam wpisowe na Bieg Niepodległości z Wąsem. Plan był pobiec go, jak w zeszłym roku, z Żelkiem. Niestety plany planami a życie życiem :/ W niedzielę, a właściwie już w sobotni wieczór dopadła mnie angina. Dałam radę pracować do środy, ale już od czwartku odpuściłam i z antybiotykiem, i razem z K. (on też z anginą) wylądowaliśmy w domu na L4 🙂 Na szczęście leki szybko zadziałały i już jest dobrze (mam nadzieję :P). Wracam do pracy i mam nadzieję do regularności treningowej.

Można by pomyśleć, że kiepsko tak chorować i nic nie robić. Dla mnie to jednak był mimo wszystko owocny okres. Do tej pory chorowanie wywoływało we mnie złość. Buntowałam się i szłam biegać mimo rozsądkowi. Tym razem zrobiłam inaczej. Odpuściłam, przeczekałam. Myślę, że mój organizm tego potrzebował, zbuntował się i chorobą mi to zakomunikował. Dzięki tym kilkunastu dniom nicnierobienia troszkę sobie pomyślałam i poukładałam (znowu) w głowie. Plan jest na poukładanie treningu – szczególnie, że przede mną ostatnie spotkanie z treneiro i będę musiała sama się pilnować. Poza tym wdrożenie zbilansowanego żywienia, w którym nadal szukam jak najlepszej drogi. Plan jest a szczegóły w następnych wpisach. Stay tuned !!

Podsumowanie miesiąca – październik

Słabiutki miesiąc za mną. I pod względem biegowym, i blogowym :/ Jedyne 26km biegu. Zero wpisów przez cały miesiąc. Na szczęście mogę do tego dorzucić sporo ćwiczeń wzmacniających. Niestety zostałam powalona przez chorobę. Kaszel i zatoki nie pozwalają na głębsze oddychanie więc musiałam dać sobie chwilę na dojście do siebie. Jest to też znak, że się zmieniłam. Kiedyś mimo wszystko bym poszła biegać, a teraz uczę się odpuszczać. Tak więc siedzę w domu, gotuję, oglądam seriale i czytam. I mam nadzieję, że szybko wrócę do aktywności 😉

Podsumowanie miesiąca – wrzesień

Tegoroczny wrzesień nas rozpieszcza pogodowo. Nie do końca przez to biegało się dobrze, ale na pewno lepiej niż w sierpniowych upałach 😉 W sumie pokonałam 133km, z czego 102 przebiegłam. Do tego dorzuciłam min. 2 godzinne treningi siłowe w tygodniu, z czego raz w tygodniu z treneiro. Poza tym bardziej skupiam się na tym co jem i w jakiej ilości. Jest to upierdliwe, ale powoli wyrabiam nawyki.

Myślę, że ten miesiąc mimo pracy i obowiązków domowo/rodzinnych mogę z czystym sumieniem zaliczyć do udanych.

 

Bieg Koguta 2/09/2018 Oława – relacja

Bieg Koguta to jeden z nielicznych biegów poza Wrocławiem na który jeżdżę. Oczywiście dlatego, że Oława jest bardzo blisko 😉 Nie przepadam za logistyką wyjazdową, a szczególnie jeśli w planie mam start z Żelkiem. Bieganie z wózkiem to dla mnie spore przedsięwzięcie, więc wolę nie dodawać do tego jeszcze kilometrów dojazdowych.

Pakiet odebrałam dzień wcześniej. Przypadł do gustu młodemu i w trakcie samego biegu również go zajmował (oglądał książeczkę, z linijki odblaskowej zrobił sobie lornetkę, a frotkę miał na ręce 😀 ).

W nocy mocno padało, a ja nie miałam dopasowanej folii do wózka, dlatego też nasz wspólny start stał pod znakiem zapytania do samego wyjazdu.

Niedziela przywitała nas chmurami i brakiem słońca, ale znaki ze stron pogodowych mówiły, że padać już nie będzie ( i nie padało uff). Spakowałam prowiant Żelka – dwie bułki, chrupki kukurydziane, paluszki, banana i jaglankę oraz zapas wody. Do tego obowiązkowo ulubione piosenki Żelka na telefonie (m.in. Mucha w mucholocie, Kaczuszki, Stary niedźwiedź itp.).

Równo o 11:00 wystartowaliśmy. Udało mi się zauważyć jeszcze dwa inne rydwany i polecieliśmy. Kilometry mijały nam ekspresowo. Ze zdziwieniem patrzyłam na tempo na zegarku. Tętno też jak na bieg z wózkiem było niezłe.

Podekscytowany Żelek nie był w stanie zasnąć (choć zazwyczaj to jego pora drzemki), ale na szczęście nie marudził. Był bardzo grzeczny, śpiewał i machał kibicom. Trasa na bieg z wózkiem idealna. Asfalt cały czas, i to w bardzo dobrym stanie. Jedynie między 4:50km a 5:50km, na wysokości pól, było dziurawo i musiałam zwolnić, ale pamiętałam o tym fragmencie, i byłam na niego przygotowana. To wszystko przyczyniło się do super czasu osiągniętego na mecie. 1h03 to czas jakiego nigdy nie osiągnęłam biegając z wózkiem. Lekkość w nogach i super atmosfera dały mi wiarę, że to jeszcze nie koniec naszych wspólnych biegów 🙂 

Trener personalny – z czym to się je i po co nam to?

Ja i moja waga to niekończąca się opowieść. Od zawsze zwracam na nią uwagę. Jestem typem, który łatwo przybiera na wadze, ale trudno pozbywa się nadmiaru kilogramów. To była moja zmora od zawsze. Może nie od przedszkola, bo do niego nie chodziłam, ale od podstawówki i owszem. Nie jestem z pokolenia młodzieży, która ma obsesję na punkcie figury, ale i tak moje nadprogramowe kilogramy dawały mi się we znaki wśród rówieśników. Dzięki nim mój język się wyostrzył a skóra zgrubiała 😉 ale i tak co nieco mnie dotykało i raniło, nie ukrywam tego. Dlatego też odkąd pamiętam starałam się jeść z głową i kontrolować siebie. Były wzloty i upadki. Powody były różne. Najlepiej okres to czas przed ciążą i po ciąży. W tamtej wadze czułam się najlepiej, a już na pewno najlepiej mi się biegało.

Niestety powrót do pracy, stres i inne czynniki towarzyszące (o których wkrótce napiszę) spowodowały wzrost na wyświetlaczu wagi, jak i zwiększenie się obwodów (i to nie za sprawą wzrostu tkanki mięśniowej oj nie 😉 ).

Gdy dotarło do mnie, że samotna walka niewiele daje, postanowiłam zwrócić się o pomoc do bardziej wykwalifikowanych osób. Zajęli się mną w Centrum Treningu Personalnego. Przepytali bardzo dokładnie, wymierzyli też tak samo. Przyjęli mnie ze wszystkimi moimi wymaganiami i zaufali mojej samodyscyplinie. Teraz tylko muszę podołać wyzwaniu i osiągnąć zamierzony cel czyli zejść 3kg i osiągnąć te 58kg. A trenerem, który się tego podjął jest przesympatyczny i profesjonalny Patryk Krawczyk

A jak to wszystko wygląda będę opowiadać w kolejnych wpisach.