Podsumowanie miesiąca – lipiec

Lipiec miał być fajny biegowo i sportowo. Starszak w przedszkolu, więc miałam nadzieję na jakieś fajne bieganie i zróżnicowane ćwiczenia. 1 lipca zaliczyłam 4,75km jako rozgrzewkę przed zajęciami z BuggyGym, a popołudniu wybrałam się z Żelkiem na plac zabaw. Niestety nie doszłam na niego 🙁 Po drodze skręciłam kostkę i do domu już musiał nas K. zabrać spod przedszkola. Na szczęście znalazłam już na drugi dzień wizytę u dobrej ortopedki i … zostałam z nogą w stabilizatorze na miesiąc. Na USG zaobserwowano wysięki w górnym stawie skokowym, wzdłuż ścięgien piszczelowych i strzałkowych, ale wiązadło trójgraniaste nienaruszone co jest bardzo ważne. Na szczęście chodzić w stabilizatorze mogłam (ufff spacery co by Dzidziol mógł sobie pospać mogłam uskuteczniać) ale z bieganiem musiałam się wstrzymać. Dostałam podstawowe ćwiczenia na rozciągające, a w domu dołożyłam sobie szybko dodatkowe ćwiczenia w podporze, na które rzadko miałam czas 😉

Tak sobie mijał ten lipiec, gdy w połowie po wizycie kontrolnej okazało się, że dostałam zielone światło na bieganie (nadal w stabilizatorze) oraz nowe dodatkowe wzmacniające i rozciągające ćwiczenia. Odczekałam jeszcze tydzień i w trzecim tygodniu miesiąca postanowiłam spróbować. Nie było źle. Pierwsze 5km nie dało mi się we znaki, więc co kolejny bieg zwiększałam długość. Robiłam to też z myślą, że na początku sierpnia wybieraliśmy się do rodziny na Suwalszczyznę gdzie tereny bardziej pagórkowate, więc wolałam rozruszać tą nogę po płaskim Wrocławiu.

Jakie było moje zdziwienie gdy na koniec miesiąca zerknęłam na statystki i okazało się, że mimo kontuzji pokonałam 135km :O Owszem 112km to spacery a bieganie to tylko 23km, ale to i tak nieźle. Tak więc lipiec to kolejny aktywny miesiąc mimo niesprzyjającym okolicznościom.

Sierpień czas start!!!!

Podsumowanie miesiąca – czerwiec

Pandemii ciąg dalszy. Niewiele się zmieniło poza luzowaniem obostrzeń. Czy to dobrze czy źle? Ciężko stwierdzić Myślę, że w tym dziwnym czasie najwięcej zależy od zdrowego rozsądku nas, zwykłych, szarych ludzi. A co to da? Przekonamy się z czasem.

Ale wróćmy do meritum wpisu. Podsumowanie miesiąca. Dawno nie robiłam. Nie miałam chęci, weny, sił… Generalnie szału nie było. Staram się jednak wracać na prostą i tworzyć normalność w tych nienormalnych czasach. Dlatego też podsumuję ten pierwszy letni miesiąc.

Nadal główna aktywność, która króluje w zestawieniu to spacer. Tak to jest jak się ma synka, który najlepiej śpi na dworze gdy dupka się rusza (again) 😀 Z tego też powodu jeśli tylko mogę to przynajmniej jeden spacer zamieniam na bieg 😛 Tego biegania też już jest sporo. Cały czas oscylujemy w okolicach 1h-1:15. W kilometrach to jakieś 10km bądź ciut więcej. Wszystko jednak zależy od warunków jakie aktualnie stwarzają mi dzieciaki 😉 Muszę pomyśleć nad zmianą parku bo bieganie 10km w Południowym na pętli ok.2km jest męczące 🙁 Chyba trzeba będzie wrócić do Grabiszyńskiego. Olaf już duży to może go bardziej telepać 😀 Do biegania staram się regularnie dorzucać jogę i ćwiczenia ogólnorozwojowe. Idealnie by było robić to naprzemiennie jeśli chodzi o dni, ale na razie korzystam gdy dzieci po prostu dzdzą taką możliwość 🙂 Często jest tak, że w planach nie ma biegu więc rano lecę z jogą i innymi ćwiczeniami, a później stwierdzam, że szkoda chodzić jak można biegać 😉

Od połowy czerwca wróciłam na zajęcia z Buggygym. Fajna godzinka ćwiczeń z super trenerką Ewą. Miłe towarzystwo w miłych okolicznościach przyrody. DO tego zawsze przed biegowa rozgrzewka (5-10km), która lula Dzidziola co by na Buggygym spokojnie, wyspany siedział.

Od lipca planuję również trochę bardziej pilnować tego co jem 😛 bo waga co prawda nie rośnie, ale też nie spada, a ze 2-3 kg można by jeszcze zrzucić 😉 Muszę tylko pamiętać o pomiarach 🙂 i może szarpnąć się na jakąś fotkę tym razem, żeby lepiej efekt (lub jego brak) zobaczyć.

Podsumowanie w liczbach:

  1. bieganie – 98,3km
  2. spacery – 75,75km
  3. fitness + joga – 2273 kcal

Normalność to…

Normalność, coś czego mi aktualnie brakuje, a o czym przed pandemią nie myślałam.

Pisałam ostatnio, że to właśnie normalności mi brakuje. Ale czym ona jest dla mnie? Czego tak naprawdę mi brakuje?

Normalność jest dla mnie wtedy gdy idąc po parku nie muszę się zastanawiać czy mijane osoby mogą mnie i moje dzieci zarazić koronawirusem. I vice versa. Chce juz przestać się zastanawiać czy ja też nie jestem zagrożeniem dla innych.

Normalność to możliwość wejścia do sklepu w każdej chwili, nawet wracając z dzieckiem ze spaceru. Nienormalne jest dla mnie to, że zakupy to aktualnie przedsięwzięcie, którego logistykę planuję z dużym wyprzedzeniem. A w grę wchodzi równie ubranie się „jak na wojnę” 🙈 Sam pobyt w sklepie jest bardzo stresujący gdy jestem sama, a co dopiero gdy towarzyszy mi starszak bo trzeba mu np. kupić w końcu nowe buty 😵

Normalność to spacer z dziećmi bez ciągłego powtarzania: pamiętaj nieczego nie dotykaj (to już na klatce schodowej), nie podchodź za blisko ludzi, nie baw się z dziećmi za blisko, nie wchodzimy na ten plac zabaw bo tu jest za dużo dzieci, itd., itp. 😡

Normalność, to brak strachu, że w razie W do lekarza strasznie ciężko się dostać. Że lekarz nie ma innego wyjścia jak diagnozować alergie syna przez telefon i internet, polegając tylko na moich relacjach i zdjęciach.

I w końcu ostatnie ale dla mnie chyba najważniejsze: normalność to brak strachu przed izolacją. Dla mnie zamknięcie, kwarantanna, izolacja to coś z czym bardzo ciężko sobie radzę. Brak możliwości opuszczenia jakiegoś miejsca przeraża mnie. I to jest chyba to czego najbardziej się aktualnie boję. To i strach o zdrowie najbliższych 😱

Cicho, głucho…

Cisza na blogu. Brak weny na dłuższe wpisy, brak chęci? Czasu? Sił? Sama nie wiem. Przychodzi moment, że myślę: już już dziś na pewno coś napiszę i… nic. Zero. Niby pomysły są, a jedna czegoś mi brakuje.

Chyba normalności mi brakuje. Tak strasznie brakuje mi normalności.

Podsumowanie miesiąca (-y) – listopada, grudzień, styczeń

Trzy miesiące w których mogłam być w pełni aktywna za mną. Trzy miesiące obfitujące w zakwasy, ale i w poczucie powrotu na dawne tory. Oczywiście nie wszystko się udaje, nie zawsze idzie zgodnie z planem (jeśli jakiś w ogóle jest :P), ale widzę postęp i zmiany. Najważniejsze to to, że mam siłę i dzięki aktywności moja psychika ma się dobrze (tylko czasami nie najgorzej).

Patrząc na liczby widać spory skok. Listopad skończyłam na „tylko” 76km, które przeszłam, bo biegać zaczęłam w grudniu. To wtedy w skład 116km weszły pierwsze biegi, Krótkie bo krótkie, ale już biegi. W styczniu udało się nawet przebiec aż 9km z jednym razem 😀 Dalej podstawową aktywnością jest fitness na który chodzę z Dzidziolem do Ewy Grajewskiej. Bieganie wrzucam w weekendy gdy z rana dzieci ogarnia K. bądź moi rodzice. Staram się też zamiast spacerów biegać z wózkiem, ale nie zawsze nawierzchnia na to pozwala więc jest to rzadziej niż bym chciała. Udało się też dorzucić łyżwy z Żelkiem, jak i rolki 😀

Mimo zawirowań zdrowotnych u dzieciaków jestem zadowolona z ogólnego obrazka.

Na nadchodzące miesiące planuję dorzucić ćwiczenia w domu i więcej biegania, bardziej regularnie. W końcu połówka w czerwcu sama się nie przebiegnie 😉 Howgh!!

Sportymum in da kitchen – w ogóle i nie w szczególe ;)

Po urodzeniu Żelka postanowiłam całkowicie zrezygnować z jedzenia mięsa. Do tej pory spożywałam je sporadycznie, ale na pewno nie ze względu na walory smakowe, tylko bardziej z wygody czy „zdrowego rozsądku”. Wydawało mi się, że rezygnując z mięsa ciężko będzie mi zbilansować dania tak aby było zdrowo. Na szczęście w sukurs przyszły blogi wegetarianek /weganek i fachowa literatura. Tak więc od połowy 2016 roku nie jem mięsa. Pozostawiłam sobie ryby i jajka. Z nabiału zostały mi sery żółte, pleśniowe i typu feta, ponieważ po „białym” nabiale źle się czuję.

To ja i moja kuchnia. Aby było ciekawiej i z dreszczykiem emocji po 8 miesiącu życia Żelka zorientowaliśmy się, że młody na bank ma alergie pokarmowe. Dzięki testom i obserwacjom zaczęliśmy wykluczać coraz to nowe pokarmy. Na tą chwilę jest tego sporo (o czym będzie osobny wpis), ale mam nadzieję, że choć część zniknie, bądź choć odrobinę zelżeje.

I wiśnióweczka na torcie: mąż typowy mięsożerca 😀

Jak widać w kuchni nie jest dane mi się nudzić. Gotuję przynajmniej 2 różne obiady (ja+Żelek i mąż lub ja i mąż+Żelek) jak nie trzy. Borykam się z kaprysami 3,5 latka, zaciskam zęby i wymyślam kolejne dania.

Najważniejsze jednak jest to, że lubię stać przy garach. To taka chwila tylko dla mnie, trochę jak bieganie 🙂 Oczyszcza mi głowę i daje poczucie spełnienia. Jak nie biegam to gotuje, a jak biegam to też gotuję, bo przecież trzeba mieć paliwo do biegania 😀

Back on track 4 – uroginekolożka jeszcze raz

Minął ponad miesiąc od faktycznego powrotu do ćwiczeń, przerywanego świętami i chorowaniem Żelka :/ Dlatego też umówiłam się na kontrolną wizytę do uroginekolożki Marty Soloch aby ponownie sprawdzić mięśnie dna miednicy, tym razem przy wysiłku. Zaciskając mięśnie na różne sposoby: długo, krótko i utrzymując napięcie przez jakiś czas, sprawdzała swoją rękę siłę tego napięcia. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Sytuacja po 2 ciążach jest bardzo dobra. Dostałam pozwolenie na powrót do biegania 😀 Jedynym problemem jest mięsień gruszkowaty prawy. On od zawsze sprawiał mi problemy, ale teraz przynajmniej wiem jak się nazywa 😉 Marta mi go rozmasowała i powiedziała jak go rozciągać i masować w domu. Będę się stosować do zaleceń i z iskierką w oku czekam na najbliższe truchtanie 🙂

Podsumwanie miesiąca – wrzesień i październik

Z początkiem września zakończyłam aktywność pod znakiem „ruch w ciąży” i przeszłam na level „ruch po ciąży”. Na razie nie ma szału 🙂 dlatego podsumowania będą chyba nadal co dwa miesiące.

Wrzesień w związku z tym faktem szałowy nie był. Aktywności na jakie sobie pozwalałam to spokojne spacery i ćwiczenia w połogu o których pisałam tu: http://sportymum.com.pl/?p=390. Przez pierwsze dwa tygodnie czułam jeszcze lekkie ciągnięcie w okolicy cięcia gry trochę więcej i intensywniej się poruszałam, dlatego też starałam się nieforsować. Postawiłam na regenerację i spokojne poznawanie się z Dzidziolem.

Październik to już inna bajka. Organizm odpoczął, zaczęłam odzyskiwać siły i poczułam potrzebę intensywniejszego ruchu. Pogoda zachęcała, młody super spał na dworze, więc nic tylko maszerować. Tak też robiłam. Dzięki temu kolometraż rósł z dnia na dzień. Na sam koniec dostając zielone światło od fizjoterapeutki wróciłam nawet do zajęć na sali z innymi mamami.

Powrót uważam za rozpoczęty i z niecierpliwością wyczekuję na pierwsze truchtanie.

Back on track – powrót na zajęcia fitness

Zielone światło od uroginekolożki pozwoliło mi na powrót do ćwiczeń. Szybko i chętnie skorzystałam z okazji i wybrałam się na zajęcia dla mam z dziećmi. Prowadzone są przez Ewę Grajewską z BuggyGym Wrocław. Ona również prowadzi zajęcia dla kobiet w ciąży, na które do samego końca chodziłam, i to ona zaraz po porodzie doradzała co i jak ćwiczyć 🙂 Wracając do nowych zajęć. Nie wiedziałam jak zachowa się Dzidziol więc jechałam z duszą na ramieniu, szczególnie że marudził przy wyjściu. Na szczęście młody pierwsze zajęcia przespał, a drugie przeleżał na macie zainteresowany wyginającymi się kobietami 😛 Mam nadzieję, że już tak pozostanie.

Co do samych ćwiczeń to są one dostosowane do kobiet wracających do aktywności po ciąży. Dzięki nim wzmacnianym mięśnie dna miednicy, i angażujemy wszystkie mięśnie brzucha poza prostym. Ewa zawsze pokazuje 2 lub 3 wersje danego ćwiczenia jeśli angażuje ono brzuch. Dzięki temu każda z nas może wybrać odpowiednią dla siebie wersję. Poza tym w trakcie ćwiczeń Ewa cały czas sprawdza czy kresa się nie napina, przypomina o napinaniu mięśnia poprzecznego brzucha. Tak więc wszystko jest pod super kontrolą.

A ja? Bardzo się cieszę, że mogłam już wrócić do ćwiczeń, do aktywności. Humor po takich zajęciach jest od razu o niebo lepszy. Co prawda po pierwszych zajęciach miałam zakwasy na udach, ale już po drugim spotkaniu obyło się bez. Czyli jest dobrze, pamięć mięśni jest OK 😀

Back on track – wizyta u uroginekologa

Po standardowych 6 tygodniach połogu i wizycie u ginekologa, który potwierdził, że wszystko jest OK, zapisałam się na wizytę do poleconej uroginekolożki Marty Soloch. Prowadzi ona studio Fizjo Intima Lady https://www.facebook.com/fizjointimalady/ i poleciła mi ją Ewa Grajewska z BuggyGym Wrocław. Na wizytę można iść samej albo z dzieckiem, nie ma z tym problemu 🙂 dlatego ja poszłam z Dzidziolem, co by nie tracić później popołudnia ze starszakiem.

Marta najpierw zrobiła ze mną wywiad aby dowiedzieć się co nieco o mnie, o tym jak przebiegały obie ciąże, jak aktywna byłam przed, w trakcie oraz do jakiej aktywności chciałabym wrócić po ciąży. Następnie podotykała i posprawdzała moje mięśnie brzucha oraz miednicy. Poobserwowała jak oddycham i napinam te mięśnie. Werdykt: mogę wrócić na fitness, ale najlepiej dla świeżo upieczonych mam aby dalej chronić brzuch i miednicę, i w połowie listopada zacząć marszobiegi. Jednie co mam zrobić przed rozpoczęciem biegania to wrócić do niej i zrobić jeszcze próbę wysiłkową.

Z tymi pozytywnymi wiadomościami wróciłam szczęśliwa do domu i gotowa na kolejny krok.